Pokazywanie postów oznaczonych etykietą *Syndykat Zbrodni. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą *Syndykat Zbrodni. Pokaż wszystkie posty

środa, 8 lutego 2017

239. Jane Harper SUSZA

Agent federalny Aaron Falk po latach przyjeżdża do miasteczka, w którym się urodził, aby uczestniczyć w pogrzebie przyjaciela z dzieciństwa i jego najbliższych. Przed dwudziestu laty opuścił to miejsce ścigany nieprzychylnymi spojrzeniami miejscowych, podejrzewany o zamordowanie swojej przyjaciółki. Tylko alibi udzielone przez Luke'a zapobiegło formalnemu oskarżeniu Falka. Dzisiaj to Luke jest posądzony o odebranie życia żonie, synkowi i samemu sobie. Pierwotnie oporny Falk decyduje, że zbada tę sprawę na własną rękę i odkryje prawdę. Przekona się, że największe tajemnice skrywają małe miasteczka.

Susza Jane Harper jest jedną z tych powieści, w których tajemnice towarzyszą czytelnikowi na każdym etapie lektury. Główny bohater zmaga się z nimi od dwudziestu lat. Właśnie wtedy został oskarżony o morderstwo swojej przyjaciółki. Zagadka jej śmierci nigdy nie została wyjaśniona. Aaron także skrywa swoje tajemnice, ponieważ dobrze wie, że jego alibi podane w tamtym momencie było wymysłem dwóch przestraszonych nastolatków. Teraz musi rozwiązać zagadkę związaną ze śmiercią przyjaciela i jego bliskich. Czy rzeczywiście był to samobójczy akt desperacji powodowany wyniszczającą suszą? A może morderca chciał, by tak uznano?

W powieści teraźniejszość przeplata się z przeszłością, liczne retrospekcje stopniowo ukazują, co naprawdę wydarzyło się przed dwudziestu laty, jakie emocje towarzyszyły bohaterom tamtych wydarzeń. Krok po kroku czytelnik odkrywa, co zaszło. Równocześnie Aaron wraz z miejscowym stróżem prawa usiłuje rozwiązać zagadkę śmierci przyjaciela.

Niekwestionowaną zaletą powieści Jane Harper jest jej klimat. Autorka świetnie oddała nastroje panujące w małym miasteczku, ogarniętym wyniszczającą suszą. Gęsta atmosfera, podsycona tragiczną śmiercią mieszkańców, zagadką zbrodni przed lat i nagłym powrotem człowieka, który stał się głównym podejrzanym o jej dokonanie, sprawia, że powieść czyta się z zapartym tchem. Już dawno nie czytałam tak dobrze skonstruowanej, realistycznej i klimatycznej historii kryminalnej, dlatego polecam Suszę Waszej uwadze.


sobota, 1 października 2016

226. Erica Spindler NAŚLADOWCA

Naśladowca Eriki Spindler na polskim rynku ukazuje się po raz któryś z kolei, co z potwierdza, jak znacznym zainteresowaniem czytelniczek nadal cieszy się ta poczytna, amerykańska pisarka. I ja miałam taki okres, gdy wręcz nałogowo pochłaniałam thrillery ukazujące się nakładem MIRA, ale Naśladowcy wcześniej nie czytałam. 

Mamy tu do czynienia z okrutnym mordercą, który nocą zakrada się do sypialni małych dziewczynek, zabija je, a następnie  upozowuje. Swoje ofiary wybiera starannie: mają to być dziesięcioletnie blondynki, nieskazitelne, idealne, i tak też mają prezentować się po śmierci. Potwór, którego policja określiła Mordercą śpiących aniołków już kiedy terroryzował małe miasteczko w Illinois. Zamordował trzy dziewczynki, a potem znikł. Teraz powraca, a na miejscu zbrodni spotykają się dwie twarde kobiece osobowości. Detektyw Riggio to młoda, ambitna policjantka, której nie w smak, że do śledztwa przydzielono także Kitt Lundgren, która Mordercą śpiących aniołków zajmowała się przed laty, a niepowodzenie w śledztwie przypłaciła rozbiciem małżeństwa i chorobą. Ale to właśnie Kitt dostrzega różnice między obecnymi zbrodniami a tymi sprzed lat. Wkrótce Kitt otrzyma telefon. Morderca ma dla niej zadanie. 

Podczas lektury żartowałam sobie, że mam do czynienia z klasycznym thrillerem w wydaniu spindlerowskim. Rzeczywiście, charakterystyczną cechą łączącą wszystkie książki tej autorki jest to, że akcja bywa niezwykle dynamiczna i szybka, i tak naprawdę nie pozostawia czasu ani na nudę ani na zastanowienie. Po prostu pędzi, odsłaniając kolejne szczegóły śledztwa i wydarzenia. Znajdziecie tutaj bardzo wiele dialogów, za to opisów praktycznie nie ma. Takie książki czyta się naprawdę bardzo szybko. Jeden wieczór, no, góra dwa i po lekturze. 

W moim odczuciu mocną stroną Naśladowcy jest zakończenie, kiedy to akcja jeszcze bardziej przyspiesza. Na światło dzienne wychodzą kolejne ślady, kolejne scenariusze stają się coraz bardziej prawdopodobne, a czytelnik już sam nie wie, kogo podejrzewać. Rozpoczyna się emocjonujący pojedynek z czasem, którego stawką będzie ludzkie życie. Muszę przyznać, że w tym miejscu naprawdę siedziałam, jak na szpilkach. Jeśli macie ochotę na nieskomplikowany, ale ciekawy i emocjonujący thriller w kobiecym wydaniu, Naśladowca powinien sprostać Waszym oczekiwaniom. 





sobota, 20 sierpnia 2016

320. Helene Tursten PORCELANOWY KONIK


Porcelanowy konik nie był moim pierwszym spotkaniem z Irene Huss, sprytną inspektor kryminalną poznałam już bowiem na ekranie telewizyjnym. I byłam bardzo ciekawa, jak wypadnie porównanie obrazu z literaturą...

Z balkonu luksusowego mieszkania wypada mężczyzna. To bogaty biznesmen z arystokratycznej rodziny – Richard von Knecht. Chociaż pozornie wszystko wskazuje na samobójstwo, policja rozpoczyna dochodzenie. Wkrótce pojawiają się kolejne ofiary, a zawikłana, trudna sprawa jest dla prowadzących śledztwo nie lada wyzwaniem. Irene Huss trafia na trop przebiegłego i niebezpiecznego mordercy.

Kolejna autorka szumnie określona mistrzynią szwedzkiego kryminału, jednak mam wrażenie, że trochę na wyrost. Owszem, Helene Tursten potrafi stworzyć intrygującą historię kryminalną i zaciekawić czytelnika, ale śmiem wątpić, czy to poziom mistrzowski. A może po prostu wciąż pozostaję pod wpływem pierwszego tomu Millennium Stiga Larssona i wszystko wydaje mi się płytkie? 

Zagadka przedstawiona na kartach Porcelanowego konika okazała się dla mnie ciekawa, powieść usatysfakcjonowała mnie również pod kątem zakończenie, które być może nie było jakoś specjalnie odkrywcze i oryginalne, niemniej pasowało do całości i wypadło naturalnie. Również bohaterowie są u Helene Tursten żywi i barwni (momentami aż za bardzo). Co zatem wypadło nie tak? Nużące okazało się dla mnie samo śledztwo, w którym brakowało dynamiki i które w znacznym stopniu opierało się na odprawach policjantów i wysuwaniu przez nich kolejnych wniosków. Do gustu przypadła mi obyczajowa otoczka powieści, która nie przytłacza kryminalnego wydźwięku, jest naturalna i niewymuszona, ale dość wyrazista.

Dużo do życzenia pozostawia niestety stylistyka powieści i tutaj mam nie małą zagwozdkę, zastanawiając się, czy jest to wina samej autorki, czy raczej zbyt dosłownego albo słabego tłumaczenia. Nie wiem, skąd wzięły się niektóre zdania ustawiona w dziwnym szyku i nienaturalnie brzmiące wypowiedzi, ale wiem, że podczas lektury zgrzytały mi między zębami, jak ziarenka piasku.

Porcelanowy konik nie jest złą powieścią, jestem pewna, że wielu czytelnikom się spodoba. Pomimo wspomnianych niedociągnięć, zamierzam mieć na oku tę serię i jeśli będzie sposobność, kontynuować ją. Rzadko ma u mnie miejsce sytuacja, gdy ekranizacja przypada do gustu bardziej niż książka. Być może kierowana częstym „książka jest lepsza” miałam co do powieści Helene Tursten zbyt wysokie oczekiwania. Oceńcie sami :)

czwartek, 21 lipca 2016

316. Aleksandra Marinina EGZEKUCJA W DOBREJ WIERZE

Minęło sporo czasu, odkąd ostatnio spotkałam się z Nastią Kamieńską. Na tyle dużo, że major Kamieńska zdążyła, ujmując to ładnie, dojrzeć niczym najlepsze wino (ale wciąż jest młodsza od Jane Marple) i przejść na emeryturę. Pracuje w agencji detektywistycznej swego przyjaciela i wraz ze służbowym partnerem Korotkowem wyjeżdża do Wierbicka, gdzie ma wybadać najlepsze grunty pod pensjonat swojego brata. Nastia nie ma ochoty na to zlecenie, ale kiedy przyjeżdża na miejsce, okazuje się, że w Wierbicku dochodzi do seryjnych zabójstw miejscowych ekologów. Anastazja lepiej zna się na morderstwach niż na działkach budowlanych, zatem z przyjemnością angażuje się w nieoficjalne śledztwo. To, co odkrywa, zaskakuje nawet ją...

Aleksandra Marinina jest określana carycą rosyjskiego kryminału. Na ten zaszczytny tytuł zapracowała doprawdy porządnie, wydając ponad trzydzieści powieści, których bohaterką jest major Anastazja Kamieńska. Egzekucja w dobrej wierze to najnowsza powieść autorki, jej bohaterka jest tutaj już nieco starszą panią, ale nie traci sprytu, przebiegłości oraz zmysłu obserwacyjnego. Z prawdziwą energią zabiera się za rozwikływanie kolejnej zagadki kryminalnej. Aleksandra Marinina zabiera czytelnika do syberyjskiego Wierbicka i bez najmniejszego skrępowania kreśli obraz rosyjskiego (a może wciąż troszkę radzieckiego?) społeczeństwa?

Spotkanie z Marininą i jej bohaterką było dla mnie czymś na kształt egzotycznej wycieczki. Z rosyjskim kryminałem, ba, w ogóle z rosyjską literaturą współczesną jestem nieco na bakier. Zdarzyło mi się sięgnąć po zaledwie kilka powieści, więc tamtejsze klimaty nadal pozostają dla mnie obce i niezwykłe. A Marinina tworzy historie kryminalne z naprawdę fajnym tłem społeczno-obyczajowym. Być może nie zagłębia się wielce w życie prywatne swych bohaterów, a przynajmniej nie w tej odsłonie, ale dobrze kreśli tło dla swych wydarzeń. Co więcej: pokazuje, jak ono wygląda naprawdę, nie krępuje się. Łapówki zawarte w kopertach? Pijący na służbie policjanci? Obraz rosyjskiej prowincji na kartach powieści carycy jest przekonujący, a w moim przypadku działa trochę jak magnes, sprawia, że mam ochotę jeszcze szybciej przewracać kartki i czytać.

Mimo mojej ogólnej satysfakcji z lektury, muszę przyznać, że powieść nie jest pozbawiona wad. Choć to akurat zależy od punktu widzenia, bo dla innych czytelników może to być walorem historii. Jednak w moim odczuciu Egzekucja w dobrej wierze jest nieco „przegadana”. Owszem, śledztwo Kamieńskiej zatacza różne kręgi, kluczy, a wszystko to, by zmylić czytelnika i podnieść napięcie, ale w pewnej chwili poczułam się po prostu znużona i zapragnęłam, aby już odkryto, co się wydarzyło. Do tego mam wrażenie, że powieść parę razy zaliczyła wpadkę ze zmianą czasu. Niby nic wielkiego, ale drażni. Być może to wina autorki, być może tłumaczenia. W ostatecznym rozrachunku caryca wypada dobrze, choć pewnie znalazłabym niejedną kandydatkę, która mogłaby ją zdetronizować...




wtorek, 1 marca 2016

286. Faye Kellerman PĘTLA



W domu na przedmieściach Los Angeles znalezione zostają zwłoki kobiety. Denatka została powieszona na krokwi przy pomocy elektrycznego kabla. Detektyw Peter Decker dowiaduje się, że zamordowana była cenioną pielęgniarką, na pierwszy rzut oka nikt nie miał powodu jej mordować. Śledztwo jest mozolne i trudne, policja bezskutecznie poszukuje świadków i śladów popełnienia zbrodni. Detektyw prześwietla przeszłość ofiary i zauważa, że miała więcej wrogów niż przyjaciół. To jedno z najtrudniejszych śledztw w karierze Deckera. Sytuacji nie ułatwia to, że Decker podjął się opieki nad dzieckiem swojej znajomej, która zaginęła w tajemniczych okolicznościach. Detektyw nie narzeka na brak obowiązków i nudę...

Jeśli poszukujecie thrillera, w którym akcja wręcz pędzi do przodu i nie marnuje się czasu na żadne opisy, Pętla sprosta waszym oczekiwaniom. To jedna z tych książek, gdzie akcja nie zamiera ani na moment, bezustannie coś się dzieje, wychodzą na światło dzienne nowe fakty i ślady, które pozwalają policjantom dążyć do rozwikłania zagadki śmierci młodej dziewczyny. Sama zagadka nie jest wyjątkowo odkrywcza, jednak Faye Kellerman nie zamierza zbyt szybko wykładać kart na stół. Mota i zapętla akcję, wydobywa na światło dzienne kolejne tajemnice dotyczące swoich bohaterów, tak, by mogło się wydawać, że wszyscy są podejrzani, że wszyscy mogli to zrobić...

Ciekawym posunięciem autorki jest wprowadzenie dodatkowego wątku związanego ze znajomą detektywa i jej rodziną. Kobieta znika bez śladu, na miejscu pozostaje tylko jej syn, którym trzeba się zaopiekować, a Decker musi rozwiązać zagadkę jej zaginięcia. Nie wie, czy kobieta żyje, czy została uprowadzona czy może sama uciekła. Czytelnik z kolei już na wstępie stawia sobie pytania: czy te sprawy są ze sobą powiązane? Czy zaginiona jest kolejną ofiarą psychopaty z pętlą?

Sprawnie poprowadzona akcja Pętli oraz przyjemny styl pisania, jaki cechuje autorkę, sprawiają, że tę książkę czyta się lekko i momentami trudno się oderwać. W dużej mierze odpowiedzialne są za to tajemnice i sekrety, dzięki którym książka i bohaterowie nie są oczywiści i prości, wszystko jest bardzo zagmatwane i skomplikowane. Nie oczekujcie po tej książce klimatycznej zagadki kryminalnej, to akcja w czystej postaci. Podczas lektury towarzyszyło mi uczucie, że z czymś mi się ta książka kojarzy, dopiero po jej odłożeniu sprawdziłam nazwisko autorki i odkryłam, że to żona Jonathana Kellermana, którego thrillery niegdyś nałogowo połykałam. Od tej pory będę wypatrywać na półkach Kellermanów obojga płci :)




poniedziałek, 4 stycznia 2016

275. A. Haska, J. Stachowicz BEZLITOSNE Najokrutniejsze kobiety dwudziestolecia międzywojennego

Morderstwa, kradzieże, oszustwa - nie ma przestępstwa, w którym przedstawicielki płci pięknej nie celowałyby na równi z mężczyznami. Agnieszka Haska i Jerzy Stachowicz zapraszają nas na spotkanie z najbardziej wyrachowanymi kobietami dwudziestolecia międzywojennego...


Ten okres był dla Polski doprawdy wyjątkowy, powoli budowała się niepodległość, zachodziły ważne przemiany polityczne  i gospodarcze. Kobiety pragnęły emancypacji, dążyły do tego, by się kształcić i zajmować znaczące stanowiska zawodowe. Nie pominęły także bardziej niecnych profesji, prasa brukowa z zapałem informowała spragnione wrażeń społeczeństwo o napadach, morderstwach i kradzieżach, w które zamieszane były bezduszne przedstawicielki płci pięknej. Wspomniany czas zazwyczaj jest utożsamiany ze zbrodnią popełnioną przez piękną Ritę Gorgonową, jednakże wachlarz rodzimych przestępczyń okazuje się znacznie bardziej imponujący. Ilość występków, w których swój udział miały panie przyprawia wręcz o zawrót głowy. 

Morderstwa, napady, kradzieże, handel żywym towarem - właściwie trudno jest znaleźć sferę przestępczą, w którą nie angażowałyby się kobiety. Przedstawicielki płci pięknej, zazwyczaj utożsamiane z delikatną, wrażliwą naturą, masowo udowadniały, że posiadają wprost krwiożerczy instynkt i potrafią okazać się bezlitosnymi. Na kartach swojej publikacji Agnieszka Haska i Jerzy Stachowicz przytaczają zaskakująco wiele przypadków, w których kobiety wstępowały na kryminalną ścieżkę. Znajdziemy tutaj rozdziały poświęcone najbardziej znanym ówczesnym przestępczyniom, prostytutkom, służącym, oszustkom, tym, które na drogę występku wyszły jednokrotnie, by następnie odpokutować swoje winy, jak i tym, które w swym fachu stały się profesjonalistkami. Nie zabrakło także rozdziału poświęconego tym paniom, które stały po stronie prawa: policjantkom i prawniczkom. 

Całość uzupełnia wiele interesujących fotografii i wycinków z gazet, co jeszcze lepiej oddaje nastroje panujące wśród społeczeństwa, jak i sytuację w kraju. Przytaczane historie są niezwykle różnorodne, od klasycznych dramatów związanych z miłością i zdradą, po wyrachowane i starannie zaplanowane morderstwa. Podczas lektury można wyraźnie zauważyć, że autorzy książki podeszli do niektórych aspektów z humorem. Przykładowo doskonale odmalowali niektóre przerysowane motywy zbrodni lub nieudolne działania ówczesnych władz. 

Bezlitosne znacząco różnią się od innej pozycji dotyczącej przestępczyń tamtego okresu, jaką miałam przeczytać, mianowicie Upadłych dam Kamila Janickiego. Janicki skupił się na zaledwie kilku ważniejszych personach, na to miejsce poświęcając im naprawdę wiele uwagi i rozpatrując ich sprawy od początku po finał. Dzisiejsza publikacja nie sprowadza się do najbardziej znanych przestępczyń, przytacza multum przypadków odpowiadających danym kategoriom. Część jest opisana dosyć szczegółowo, inne to zaledwie wzmianki. Mocną stroną niniejszej książki jest to, że opisuje mniej lub w ogóle nie znane przestępstwa, niektóre wręcz pospolite, a przecież wcale nie mniej interesujące dla osób, które interesują się rzeczonym okresem oraz ciemniejszą stroną kobiecej natury. 

Za egzemplarz dziękuję: 




czwartek, 11 czerwca 2015

229. Erin Kelly BROADCHURCH (recenzja przedpremierowa)

Tworzenie powieści na podstawie seriali i filmów nie jest powszechną praktyką i szczerze powiedziawszy, rzadko się sprawdza. Jednak w przypadku Broadchurch jest zdecydowanie inaczej. Jeszcze nie obejrzałam serialu, ale już podejrzewam, że mógłby dla mnie nie istnieć. Po co? Przecież mam znakomitą książkę...

Wyobraźcie sobie spokojne, ciche miasteczko na wybrzeżu... Tutaj wszyscy się znają, witają się radosnym "dzień dobry", spędzają wspólnie czas, patrząc jak dzieci radośnie szaleją na kolorowych deskorolkach i rowerach. Miasto jak ze snów. Jednak pewnego dnia ten sen zamienia się w koszmar. U stóp klifu zostaje znalezione ciało 11-letniego chłopca. Mieszkańcy Broadchurch nie chcą wierzyć, że Danny'ego zabił ktoś z ich otoczenia, jednak stopniowo stają się wobec siebie coraz bardziej podejrzliwi...

Śledztwo prowadzą miejscowa sierżant Ellie Miller oraz przybyły do miasteczka komisarz Alec Hardy. Policjanci od początku prezentują odmienne poglądy w kwestii dochodzenia, dodatkowo napięcia powoduje fakt, że Alec zajął stanowisko, na które miała awansować Ellie. Komisarz Hardy podejrzewa o dokonanie zabójstwa wszystkich, łącznie z rodzicami chłopca i uczy Ellie, że nikomu nie należy ufać...

Często spotykamy się z sytuacją ekranizacji powieści, jednak pisanie książek na podstawie filmu bądź serialu jest zjawiskiem stosunkowo nieczęstym. Twórcy serialu Broadchurch zdecydowali się na ten manewr, licząc na to, że książka osiągnie równie wysoką popularność, co obraz, który tygodniami wzbudzał emocje dziesięciu milionów Brytyjczyków. Zadanie napisania książki na podstawie hitowego serialu powierzono Erin Kelly, autorce thrillerów psychologicznych i dziennikarce. 

Nie miałam (jeszcze) przyjemności zapoznać się z serialową wersją Broadchurch, ale niezmiernie cieszę się, że to właśnie książka trafiła w  moje ręce jako pierwsza. Jeśli serial jest choć w połowie tak emocjonujący i trzymający w napięciu, jak powieść, pewnie musiałabym za jednym podejściem obejrzeć wszystkie odcinki. Właśnie tak wyglądała moja lektura Broadchurch: nie byłam w stanie odłożyć tej książki, dopóki nie poznałam rozwiązania ostatniej tajemnicy. 

Ktoś mógłby powiedzieć, że Broadchurch nie może niczym zaskoczyć, ponieważ wszystko zostało już opowiedziane w serialu, a jednak jest zupełnie inaczej. Naturalnie fabuła książki musiała ściśle opierać się na wydarzeniach z poszczególnych odcinków, jednak wersja książkowa jest osobnym dziełem, świetnym i bardzo nastrojowym kryminałem. Myślę, że trzeba niemałego talentu, by tak świetnie ukazać klimat małego miasteczka i mentalność mieszkających w nim ludzi. Mam nadzieję, że będę miała okazję poznać kiedyś inne książki Erin Kelly.

Broadchurch jest takim kryminałem, jakie najbardziej cenię: klimatycznym, pełnym tajemnic a zarazem bardzo dynamicznym. Tutaj akcja nie ustaje ani na moment, przez cały czas coś się dzieje, coś się wyjaśnia lub jeszcze bardziej gmatwa. Czy czytelnik, który nie zna serialu, może odkryć, kim jest zabójca małego Danny'ego? Być może, mnie się to nie zupełnie nie udało. Według mnie jest to kolejnym argumentem przemawiającym na korzyść Broadchurch: książka jest zaskakująca i nieprzewidywalna.

Na  koniec pozostaje mi zachęcić Was do lektury... i jednak poszukać serialu. Mimo, że znam już tożsamość zabójcy i poznałam wszystkie tajemnice małego miasteczka, chcę sprawdzić, czy książka kolejny raz okaże się lepsza :)






niedziela, 17 maja 2015

220. Vera Cleeves ULICA MILCZENIA t.1

Na podstawie powieści kryminalnych Ann Cleeves nakręcono popularny serial kryminalny Vera. Nie ukrywam, że planowałam się z nim zapoznać, ale ... wiecznie brakowało czasu. Tym bardziej ucieszyłam się, że będę miała okazję najpierw przeczytać jedną z  książek i ocenić, czy ten klimat mi pasuje. Jednak rozczarowanie pojawiło się, zanim zaczęłam czytać. Dlaczego? 


Winnym mojej irytacji okazało się moje własne gapiostwo, gdyż widząc adnotację o tomie pierwszym, wzięłam za  pewnik, że jest to pierwsza część serii, a  nie książki! Tym samym nie dość, że nie zapoznałam się z przygodami Very od początku czyli tak, jak lubię, to jeszcze po zakończeniu książki znalazłam się w środku historii, z nierozwiązaną zagadką morderstwa i absolutnie niezaspokojonym apetytem czytelniczym! Przyznaję również, że bardzo niekomfortowo jest oceniać tę książkę jedynie na podstawie pierwszego tomu, ponieważ nie wiem, czy książka okaże się przewidywalna lub czy w następnej odsłonie autorka mnie czymś nie rozczaruje. Spróbuję jednak odnieść się do pierwszej części Ulicy milczenia. 

Boże Narodzenie, W zatłoczonym metrze kobieta zostaje śmiertelnie ugodzona nożem. Jak to możliwe, że nikt nic nie zauważył? Kto mógł chcieć śmierci starszej, eleganckiej  pani? Śledztwo prowadzi inspektor Vera Stanhope ze swoim zespołem. Kobieta udaje się do nadmorskiej miejscowości, gdzie ofiara od lat mieszkała i pracowała w pensjonacie. Wkrótce dochodzi do kolejnego morderstwa. Wszystkie tropy prowadzą na jedną ulicę, ale jej mieszkańcy uparcie milczą i nie zamierzają ułatwiać policji śledztwa...

Ulica Milczenia jest klasycznym kryminałem, akcję otwiera morderstwo, a na kolejnych stronach możemy zapoznać się ze śledztwem wyciągającym na światło dzienne szczegóły dotyczące przeszłości i tajemnic ofiary, jak również pozostałych osób zamieszanych w tę sprawę. Prędko możemy zauważyć, że niemal wszyscy skrywają jakieś sekrety lub próbują coś ukryć. Sprawa morderstwa jest bardzo niejasna i czytelnikowi trudno wyciągać jakieś wnioski. Brakuje motywu, każdy coś ukrywa i właściwie każdy jest podejrzany. To nadaje książce przyjemnego klimatu, który dodatkowo pogłębia zimowa otoczka i fakt, że autorka bardzo skrupulatnie zagląda we wszystkie kąty. 

Ann Cleeves udało się również stworzyć ciekawe postaci, z inspektor Verą na czele. Vera Stanhope jest kobietą w średnim wieku, odznacza się słuszną sylwetką i przenikliwym umysłem. Lubi dobrze zjeść i pociągnąć łyczek z ukrytej w torbie butelki, a swój zespół zdaje się trzymać pewną i silną ręką. Mimo pozornej surowości, posiada miękkie serce i potrafi porozumieć się z ludźmi. Pozostali detektywi w powieści Ann Cleeves kryją się w cieniu Very, autorka nie poświęca im tyle uwagi i najwięcej wydarzeń i przemyśleń towarzyszy właśnie pani inspektor. Myślę, że powieść na tym dużo zyskuje, gdyż Vera jest doprawdy bardzo intrygującą i ciekawą bohaterką. 

Ann Cleeves udało się mnie zaintrygować i wprost nie mogę się doczekać, by poznać uzupełnienie tej historii. Jedno jest pewne: zabieg dzielenia tej powieści uważam za całkiem nieudany i zbyteczny, bo nawet jeśli druga odsłona będzie miała około 200-250 stron, to spokojnie dałoby się zamknąć treść w jednym tomie. Mimo sporej liczby bohaterów i tajemnic, autorce udało się wszystko sprawnie ułożyć, sekrety wychodzą na jaw stopniowo, jeden po drugim, nie ma chaosu. Książkę polecam zwolennikom spokojnych, klimatycznych kryminałów, pełnych zagadek i niedopowiedzeń, a zarazem prostych i nieskomplikowanych. Zabierając się za lekturę, miejcie pod ręką obydwa tomy - dzięki temu unikniecie irytacji i niedosytu, jak było w moim przypadku. 


poniedziałek, 20 kwietnia 2015

213. Tana French KOLONIA

Kolonia Tany French jest książką, którą szybko miałam ochotę rzucić w kąt. Jednak doczytałam. I nie żałuję. 

W nowo wybudowanym osiedlu około 100 km od Dublina rozegrała się tragedia. Znaleziono zwłoki dwójki dzieci i ojca, matka jest bardzo ciężko ranna, może nie przeżyć. Śledztwem zajmuje się Mick Kennedy, doświadczony i ambitny detektyw z wydziału zabójstw. Mężczyzna lubi mieć wszystko pod kontrolą i sprawiać wrażenie, że w pełni panuje nad prowadzonym dochodzeniem. Sprawa w Broken Harbour od początku jest jednak inna niż wszystkie. Chociaż już po 48 godzinach zabójca trafia do aresztu, nic nie jest pewne, a pytania i wątpliwości mnożą się. Sytuacji nie upraszcza fakt, że miejsce zbrodni jest związane z prywatną tragedią życiową detektywa. 

Uwielbiam thrillery i kryminały, jednak przy pierwszych kilkudziesięciu stronach wręcz żałowałam, że wzięłam książkę Tany French do ręki. Akcja posuwała się w iście żółwim tempie, wrażenia bynajmniej nie poprawiał ładny i płynny język, czytało się wręcz topornie. Dodatkowo bardzo szybko znalazłam dwie literówki, co bardzo mi przeszkadza, uważam, że książki przygotowane w tak dobrych wydawnictwach, powinny być starannie dopracowane. Miałam ochotę zrezygnować z lektury, za książką jednak przemawiała dość interesująca fabuła. Autorce udało się mnie zaintrygować, sprawiła, że chciałam dowiedzieć się, co ukaże się na drugim końcu tej historii. 

Przerzuciłam całkiem sporo stron, zanim zauważyłam, że czytam z wypiekami na twarzy. Tana French stworzyła kryminał nieszablonowy, w którym nie brakuje zwrotów akcji i głębokich tajemnic. Tak głębokich, że można dumać i dumać, a i tak bardzo trudno jest natrafić na właściwy ślad i trafnie wytypować, kto jest napastnikiem. Jeszcze trudniejszym zadaniem jest określić, co wydarzyło się w małym domku i czym zostało spowodowane. Szlak, którym wiedzie swoich czytelników Tana French wiedzie w głąb ludzkiej psychiki, odsłaniając jej najciemniejsze zakamarki. 

Książka nie byłaby udana, gdyby nie znakomita kreacja głównych bohaterów. Nie muszą oni wzbudzać sympatii czytelników, nie jeden raz prowokują brzydkie słowa cisnące się na usta, niemniej trzeba przyznać, że zostali wykreowani bardzo dobrze i doskonale komponują się z całością. Co prawda autorka w swojej książce powiela schemat "gliniarza z przeszłością" i "gliniarza z problemami", jednak czyni to w oryginalny sposób, niekoniecznie wpychając mu w ramiona butelkę. 

Na uznanie zasługuje również klimat powieści, cała otoczka osiedla wybudowanego na morskim wybrzeżu, atmosfera grozy na wpół opuszczonego miejsca. Być może pióro autorki nie przypadło mi do gustu w takim stopniu, jak bym tego chciała, niemniej muszę przyznać, że świetnie poradziła sobie ona z naszkicowaniem tego miejsca i przedstawieniu go wyobraźni czytelnika. Tytułowa kolonia wraz z miejscem zbrodni, które osnuwa wiele tajemnic, prowokuje do zadawania pytań: co wydarzyło się w tym domu? Mnie nie udało się na nie odpowiedzieć, przed zakończeniem książki, być może Wy będziecie mieć więcej szczęścia? 

W trakcie lektury nie sądziłam, że ocenię Kolonię pozytywnie, wszystko wskazywało, że będzie ona moim czytelniczym rozczarowaniem. Ostatecznie uważam, że tę książkę warto polecić uwadze czytelników. Być może nie jest wyjątkowo dynamiczna, pióro autorki nie odznacza się lekkością i są te nieszczęsne literówki, jednak intryguje, wzbudza gorącą ciekawość, zaskakuje i manewruje czytelnikiem, że ten sam już nie wie, co myśleć. 

środa, 8 kwietnia 2015

210. Joanna Jodełka KRYMINALISTKA

Polski kryminał ma się naprawdę dobrze, a będzie miał się jeszcze lepiej. Póki pisać będą takie autorki jak Joanna Jodełka!
Wyobraźcie sobie, że w parku natykacie się na kobietę noszącą na twarzy i ciele ślady pobicia. Jej ubranie wisi w strzępach, włosy zlepiły się w paskudne strąki od brudu i krwi. Na jej widok odczuwacie głęboki niepokój, ale zarazem i ciekawość. Nie macie pojęcia, co przytrafiło się tej osobie i jaką dramatyczną tajemnicę skrywa, ale jesteście pewni, że nie było to nic przyjemnego. Tak właśnie poczujecie się rozpoczynając lekturę najnowszej powieści Joanny Jodełki. Staniecie przed obliczem nieszczęścia, które już  się dokonało, ale z niepokojem stwierdzicie, że nie macie pojęcia, co się wydarzyło. Spokojnie. Autorka powieści i jej tytułowa bohaterka, Joanna, wszystko Wam opowiedzą...  Na początek musicie tylko wiedzieć, że kobieta siedząca na ławce jest autorką poczytnych kryminałów i że zabiła ona dwie osoby...

Prawda, że brzmi intrygująco i wróży emocjonującą lekturę? Na szczęście autorce udało się nie tylko rozbudzać ciekawość czytelnika, ale również podtrzymywać ją do samego końca. Kryminalistka jest doskonale skonstruowaną i wciągającą powieścią, której nie sposób się oprzeć. Połknęłam tę książkę w dwa wieczory, a pewnie połknęłabym szybciej, gdyby nie zobowiązania czytelnicze względem córki. Akcja Kryminalistki wciąga, jak grząskie dno opisywanej w niej rzeki, nie sposób się oderwać. Z pewnością sporą zasługą jest tutaj talent autorki, której do tej pory - przyznaję - nie znałam. Jednak mam wrażenie, że największa zasługa tkwi tutaj w niebanalnej formie i intrygującym zarysie fabuły. 

Kryminalistka jest według mnie powieścią, która wymyka się ustalonym schematom. To nie jest tylko klasyczny kryminał, w którym należy odnaleźć i ukarać winnego zbrodni. To świetnie skomponowany mix powieści kryminalnej i psychologicznej, z bardzo mocno zarysowanymi elementami tej drugiej. Kreacja głównej bohaterki zaskakuje, czytelnik poznaje ją na dwóch płaszczyznach czasowych, mogąc dokonywać porównań  i szukając wspólnych mianowników. Mimo to autorce udaje się do samego końca zatrzymać swoje tajemnice dla siebie i zaskoczyć. W pełni zgadzam się z opinią Gai Grzegorzewskiej, że po zakończeniu lektury, ma się ochotę otworzyć książkę i wrócić do najważniejszych momentów. Z trudem się powstrzymałam, ale kiedyś Kryminalistkę przeczytam raz jeszcze...

Powieść została podana w łatwo przyswajalnej, prostej formie. Akcja toczy się na dwóch płaszczyznach czasowych, Fragmenty przytaczane są w pierwszej osobie przez tytułową bohaterkę, inne opowiedziane w trzeciej osobie, jakby z perspektywy pobocznego obserwatora. Całość skąpana niepokojącym, momentami wręcz wzbudzającym grozę klimatem, a w dodatku od początku czytelnik przedziera się przez gąszcz tajemnic, nie wiedząc, co przyniosą kolejne strony. Z radością przeczytałam, że autorka planuje kontynuację Kryminalistki. Jestem bardzo ciekawa, jak Joanna Jodełka "wybrnie" z sytuacji, do której doprowadziła swoją bohaterkę. Pewne jest, że Kryminalistką postawiła sobie poprzeczkę bardzo wysoko...

Dziękuję: 



piątek, 6 lutego 2015

196. Erica Spindler W MILCZENIU

Ile tajemnic może kryć prowincjonalne miasteczko w Luizjanie? Okazuje się, że całkiem sporo, o czym przekonuje się Avery Chauvin. Kobieta powraca do rodzinnego miasteczka po tym, jak dowiaduje się, że jej ukochany ojciec popełnił samobójstwo. Nie potrafi w to uwierzyć, szczególnie kiedy w jego domu odkrywa materiały prasowe dotyczące morderstwa sprzed piętnastu lat. Co łączy jej ojca z zagadkową zbrodnią?

Avery wierzy, że miejsce w którym się wychowała emanuje sielskim klimatem i spokojem, ludzie są mili i uczynni dla swoich sąsiadów, bogobojni i oddani tradycji. Ze zdumieniem zauważa, że w Cypress Springs wcale nie jest tak cudownie, jak może wydawać się na pierwszy rzut oka. Zaskakująco dużo nieszczęśliwych wypadków i samobójstw, nagłe zniknięcia, aż w końcu wyjątkowo brutalne morderstwo. Kobieta zaczyna podejrzewać, że również jej ojciec padł ofiarą mordercy. 


Nazwisko Eriki Spindler jest wśród miłośniczek kobiecych thrillerów dość znane. Autorka zadebiutowała w 1982 roku i do chwili obecnej wydała ponad dwadzieścia powieści, głównie łączących elementy thrillera i romansu. W milczeniu po raz pierwszy ukazało się w 2003 roku, na polskim rynku ukazuje się już trzecie wydanie tej pozycji. 

Już na wstępie przyznam się do czegoś: mianowicie mam słabość do kryminałów skandynawskich i do książek, których akcja toczy się na południu Stanów Zjednoczonych. Nie wiem dlaczego, ale emanują one jakimś niezwykłym klimatem. Takim sielskim, spokojnym, wręcz cukierkowym - takim, jakim chciała widzieć swoje rodzinne miasteczko Avery, bohaterka powieści W Milczeniu. Lub energicznym, dynamicznym, pełnym muzyki i radości, jak ulice Nowego Orleanu w czasie Mardi Gras. Nieważne, co w sobie mają te książki, ale dzięki temu dobrze mi się je czyta. I przez to lubię powieści Eriki Spindler, Heather Graham czy Lisy Jackson. 

Powieść W Milczeniu jest zgrabną kompozycją wątków sensacyjnych i romantycznych, jednak sprawiedliwie trzeba przyznać, że tych drugich jest naprawdę niewiele. Akcja skupia się przede wszystkim na kryminalnych zagadkach, których w książce nie brakuje. Z chwilą, kiedy Avery przyjeżdża do Cypress Springs jest ich już dość wiele, leżą pogrzebane gdzieś głęboko, spowite zmową milczenia. Na  tym jednak autorka nie poprzestaje, serwując czytelnikom kolejną porcję dramatycznych wydarzeń. Za ich sprawą obraz prowincjonalnej mieściny rozmywa się nie tylko w oczach głównej bohaterki, ale także i naszych. 

Książka charakteryzuje się lekkim i przystępnym językiem, dzięki czemu bardzo szybko się ją czyta. Nie przytłacza opisami, te nieliczne starają się przybliżyć atmosferę małego amerykańskiego miasteczka i udaje się im to całkiem dobrze. Akcja jest płynna i dynamiczna, choć momentami efekt psują refleksje głównej bohaterki. W opowieści nie brakuje zagadek i zaskakujących zdarzeń, jednak całość jest raczej przewidywalna, co może nieco rzutować na satysfakcję z lektury. Z pewnością ta pozycja powinna spodobać się miłośnikom nieskomplikowanych thrillerów, gdyż brak tutaj pobocznych wątków czy odniesień historycznych - Erica Spindler tworzy proste i konkretne powieści, skupia się na jednym wątku i tym torem prowadzi swoją opowieść. Wychodzi jej to całkiem dobrze i myślę, że zwolenniczki kobiecej strony thrillera mogą być zadowolone. 








piątek, 23 stycznia 2015

192. Mons Kallentoft DUCHY WIATRU - przedpremierowo

Dobrze napisanych kryminałów nigdy nie jest mi dość. Lubię zatem poznawać nowych autorów i z radością pozwalam im się wieść ścieżką zbrodni. Mons Kallentoft poprowadził mnie uliczkami szwedzkiego miasteczka w stronę domu starców, gdzie wydarzy się tajemnicza i niejednoznaczna zbrodnia... Czy udało mu się wzbudzić moje zainteresowanie?


Mons Kallentoft był mi do tej pory autorem obcym i nie miałam przyjemności czytać jego wcześniejszych powieści z cyklu o komisarz Malin Fors. Czego żałuję, gdyż literaturę skandynawską lubię, kryminały lubię, a serie, w których po raz kolejny mogę spotkać bohaterów, z którymi sympatyzuję, lubię jeszcze bardziej. Duchy wiatru są już siódmą z kolei odsłoną cyklu o policjantce z Linkopingu, jednak nie przeszkadza to w odbiorze książki. Co prawda autor od czasu do czasu rzuca na zachętę tajemnicze nawiązywania do dramatycznych wydarzeń z przeszłości pani komisarz, jednak bez kłopotu można skupić się na "tu i teraz". Co mnie bardzo zdziwiło i troszkę wytrąciło z równowagi, to uwaga na okładce, która sugeruje, że autor Duchów Wiatru jest lepszy od samego Larssona. Osobiście uważam, że Larssonowi jeszcze żaden skandynawski autor nie dorównał, a takie porównania są zupełnie nietrafione, gdyż ich powieści są wyraźnie inne. 

Akcja powieści Duchy Wiatru nawiązuje do tragicznych wydarzeń, jakie miały miejsce w domu starców, w którym pracuje Tove, córka komisarz Malin Fors. Jeden z pensjonariuszy, Konrad Karlsson zostaje znaleziony w swoim pokoju powieszony na kablu od dzwonka. Chociaż wszystko wskazuje na to, że staruszek popełnił samobójstwo, ludzie, którzy go znali, nie potrafią w to uwierzyć. I rzeczywiście, dokładne oględziny potwierdzają, że mężczyzna został zamordowany, a następnie pozowany na samobójcę. Kto pragnął śmierci samotnego, schorowanego człowieka? Jaki związek ze zbrodnią ma wyrachowany właściciel spółki, w której skład wchodzą domy starców w całej Szwecji? Komisarz Malin Fors i jej towarzysze z posterunku w Linkoping rozpoczynają śledztwo, które biegnie wieloma torami, by ostatecznie doprowadzić do zaskakującego, a zarazem prostego rozwiązania...


Powieści Duchy Wiatru nie sposób ocenić prostym stwierdzeniem dobra bądź zła. To co jednych czytelników może w niej zachwycić, innych odrzuci i zniechęci. Literatura skandynawska - w szczególności literatura kryminalna - ma w sobie coś takiego, że przyciąga jak magnes. Co rusz pojawiają się nowi autorzy, okrzykiwani świeższym wydaniem Larssona, Nesbo czy Marklund. A przecież każdy z nich ma swój unikalny styl, którym posługuje się splatając sieć zbrodni. Podobnie jest z Kallentoftem, wyraźnie można zauważyć, że podąża wytyczoną przez siebie ścieżką. Cykl o Malin Fors najpierw bazował na porach roku, obecnie autor skupił się na żywiołach. Charakterystyczna dla książki jest jej dynamika. Nie ma tutaj zbyt wiele opisów miasta, być może dlatego, że jest to już siódmy tom i autor uznał, że jest to niepotrzebne.  Z ciekawości zapoznałam się z opiniami na temat poprzednich jego książek i byłam zdziwiona, że wiele osób określało książki Kallentofta "wolnymi" i takimi w "których nic się nie dzieje". Według mnie Duchy wiatru to akurat jeden z "szybkich" kryminałów, takich dosłownie na dwa wieczory. Pióro autora, to jak formuje zdania, częste krótkie, jednozdaniowe akapity, składające się na przemyślenia żywcem wyrwane z umysłów bohaterów - to wszystko składa się na fakt, że tę książkę bardzo szybko się czyta i ani się człowiek obejrzy, już jest w połowie. Owszem, można się "doczepić", że śledztwo rusza z kopyta po dłuższym czasie, jednak wcześniejsze rozdziały to nie jest lanie wody, a sprawę w ciągu godziny można rozwiązać tylko w W-11...

Bohaterów u Kallentofta jest wielu, momentami miałam wrażenie, że zbyt wielu, szczególnie, że uwagę - krótką bo krótką, ale jednak - poświęca on każdemu z nich. Czytelnik może więc zajrzeć do głowy komisarz Fors, jej córki, policjantów z posterunku i innych ludzi zamieszanych w tę sprawę. Najwyraźniej autor lubi oddawać głos także ofiarom zbrodni... oraz żywiołom. Ciekawy pomysł, choć nie sądzę, by wiele wniosło to w treść książki, ale najwyraźniej miał to być swego rodzaju przerywnik. Wracając do bohaterów... na pierwszy plan wysuwa się oczywiście Malin Fors, kobieta z przeszłością, samotna matka i alkoholiczka. W tym miejscu uśmiechnęłam się lekko, gdyż nie tak dawno w dyskusji na temat kryminałów padło stwierdzenie, że autorzy powielają schematy i policjanci wielokrotnie są w nich alkoholikami z ciężkim bagażem życiowym, a przestępcy posiadają zaburzenia psychiczne oparte na  trudnym dzieciństwie, molestowaniu itp. Jednak nie są to wyłącznie schematy, ale także statystyki oparte na życiu. Zatem jak sami widzicie, policjantka u Kallentofta powiela schematy, ale czytając przekonacie się, że autor także je obala, a w którym miejscu... nie zdradzę.

Podsumowując: styl Kallentofta w moim przypadku bardzo na tak, autor sprawił mi wielką przyjemność tym, że nawet nie domyśliłam się, kto mógł zamordować biednego staruszka. Liczne wątki splatały się, pobudzały do główkowania "kto i czemu", nic nie było oczywiste, zakończenie przypadło mi do gustu swoją prostotą i realizmem. Nieco żałuję, że wszystko jest tutaj proste i szybkie, bo czasem lubię się delektować kryminałem, a tu po prostu parłam do przodu, by poznać rozwiązanie. Ale mam ochotę poznać bliżej tę serię, co mówi samo za siebie. 








poniedziałek, 5 stycznia 2015

186. Mary Kubica GRZECZNA DZIEWCZYNKA

Wiodła spokojne, poukładane życie. Marzyła o czymś emocjonującym. Kiedy została porwana, pożałowała swoich marzeń.

Mia pochodzi ze znamienitej rodziny. Jej ojciec jest sędzią, najważniejsze dla niego są pozory. W przeciwieństwie do siostry, Mia nie spełnia oczekiwań ojca, nie zdecydowała się na studia prawnicze  i została "tylko" nauczycielką. To wszystko sprawia, że jej stosunki z rodzicami są dosyć napięte i chłodne. Pewnego dnia jednak Mia znika, uprowadzona przez tajemniczego mężczyznę. Śledztwo w sprawie jej zaginięcia prowadzi detektyw Gabe Hoffman, który zauważa, że w rodzinie Denettów nie wszystko jest krystaliczne. 

Napisanie o powieści Grzeczna dziewczynka autorstwa Mary Kubica jest dla mnie na lada wyzwaniem. To jedna z tych książek, o których wystarczy powiedzieć jedno słowo za dużo i wszystko zepsuć, zdradzając treść. Powieść Mary Kubica nie jest klasycznym thrillerem, w którym role podzielone są na dobre i złe, a dzielny stróż prawa ściga okrutnego zbrodniarza. Osią powieści jest porwanie młodej kobiety, a przeplatające się wydarzenia z kart książki dotyczą zarówno przestępstwa, jak i okresu po nim. Mimo to autorka zadbała, by niczym nie zdradzić się przed czytelnikiem, a tajemnica porwania Mii pozostaje tajemnicą do samego końca...

Historia Grzecznej dziewczynki została opowiedziana ustami czterech narratorów i wbrew temu, czego można się tutaj spodziewać, opowieści porwanej kobiety jest najmniej. Czytelnik ma szansę poznać tę sprawę z perspektywy detektywa prowadzącego sprawę, matki zaginionej Mii oraz samego porywacza. Przedstawiane przez nich wydarzenia, pozwalają uzyskać obraz młodej kobiety oraz tego, co stało się jej udziałem. Prosty, przystępny język, brak opisów, duża i wyraźna czcionka - to wszystko sprawia, że książkę czyta się niezwykle szybko i płynnie. Za sprawą wątku kryminalnego Grzeczna dziewczynka jest powieścią emocjonującą i trzymającą w napięciu. Warto jednak przyjrzeć się jej także pod kątem stosunków rodzinnych i osobowości bohaterów książki, gdyż stanowią one ważną i interesującą część tej historii. 

Grzeczna dziewczynka jest debiutem Mary Kubica i śmiem twierdzić, że jest to debiut udany. Nie jest to książka wielkiego kalibru, być może niejedna osoba określi ją mianem czytadła. Jednak trzeba zaznaczyć, że ta historia świetnie wpasowuje się w ramy swojego gatunku - kobiecego thrillera, nie brakuje tutaj emocji, strachu, uczuć, a przede wszystkim elementu zaskoczenia. I tym elementem zaskoczenia, nieprzewidywalnością, innością - książka u mnie bardzo zaplusowała. 



czwartek, 18 grudnia 2014

185. Elizabeth Adler TYLKO NIC NIE MÓW, PROSZĘ

Elizabeth Adler zdobyła popularność barwnymi powieściami, w których miłość przeplata się ze zbrodnią, a historia miesza z teraźniejszością. Do jej najsłynniejszych powieści zaliczają się: Leonia, Szmaragd z korony carów czy Grzechy młodości. W najnowszej książce, która jesienią  2014 roku ukazała się nakładem wydawnictwa Amber, autorka przenosi swoje czytelniczki do Kalifornii, gdzie grasuje niebezpieczny seryjny morderca.

Morduje młode kobiety, a następnie ich usta zakleja karteczką z napisem "Tylko nic nie mów, proszę". Policja drepcze w miejscu. Niespodziewanie jedna z jego ofiar pozostaje przy życiu, jest cennym świadkiem. Dziewczyna trafia pod opiekę doktor Vivian. Tymczasem do domu ciotki doktor Vivian trafia tajemniczy mężczyzna, jest ranny, krwawi, w ręce trzyma nóż. Wyznaje przerażonej kobiecie, że jego narzeczona została zamordowana, a on pragnie pomóc policji rozwiązać tajemnicę jej śmierci. Vivian, jej ciotka oraz młodsza, nieco lekkomyślna siostra, zostają wplątane w pogoń za niebezpiecznym mordercą. Nie wiedzą, że jedna z nich ma być kolejną ofiarą. 

Miłość, zbrodnia, dramatyczna tajemnica sprzed lat - to wszystko znajdujemy w najnowszej powieści Elizabeth Adler. Tylko nic nie mów, proszę jest książką skierowaną głównie do pań i to tych pań, które cenią lekką i niewymagającą lekturę. Powieść łączy w sobie wątek kryminalny, który dość mocno otoczony jest lekkimi wątkami obyczajowymi. I chociaż zbrodnia stara się tutaj wysunąć na pierwszy plan, nie do końca się to udaje, ponieważ książka jest mocno zdominowana życiem trzech kobiet: Fen i jej dwóch siostrzenic Vivian i JC.

Zdecydowanym atutem książki jest jej lekkość, nie mam wątpliwości, że to kwestia doświadczenia i talentu autorki, której inne powieści miałam już przyjemność czytać. Elizabeth Adler ma proste i przyswajalne pióro, które pozwala jej powieści czytać lekko i szybko. Nie ma tutaj mowy o przytłaczających opisach, są zresztą zbędne. Akcja płynie wartko, pozwalając czytelnikowi zaznajomić się z licznymi bohaterami, którzy nakreśleni są sprawnie i dość ciekawie. Na tym jednak moje zadowolenie z lektury się kończy. Owszem, przeczytałam książkę z przyjemnością, jednak nie odczułam ani jednego dreszczyku emocji, Nie jestem pewna, czy Elizabeth Adler chciała stworzyć powieść obyczajową z wątkiem kryminalnym czy kryminał z obyczajowym... Zatrzymała się gdzieś pośrodku i niestety i jednemu i drugiemu zabrakło polotu. 

Znaczącym minusem jest według mnie przewidywalność powieści. Owszem, w kwestii wątku obyczajowego mi to nie przeszkadza, gdyż jest to niemal regułą w tego typu historiach. Jednak wątek kryminalny wydał mi się do bólu prosty i przewidywalny, być może tutaj tkwi przyczyna tego, że książka nie wzbudziła we mnie żadnego napięcia. Wolałabym do ostatniej strony główkować, kto i dlaczego zabija, a niestety nie było mi to dane. Jeśli jednak ktoś czyta książkę dla samej radości czytania i nie ma w zwyczaju (jak ja) bawić się w detektywa-czytelnika, może książka go nie rozczaruje. Powieści nie zachwalam, jednak miłośniczki twórczości Elizabeth Adler zachęcam, by same się przekonały, czy autorka podołała stworzonej przez siebie historii. Ja wolę ją w jej starszych powieściach,jak chociażby w jednej z moich ulubionych: Szmaragd z korony carów.

Za egzemplarz dziękuję: 




poniedziałek, 10 listopada 2014

177. Gaja Grzegorzewska BETONOWY PAŁAC

Niebezpieczne osiedle i górujący nad nim złowieszczy wieżowiec. Betonowy pałac. 
Czy macie odwagę wejść w jego progi? 


Po kilkuletniej nieobecności do Krakowa wraca Profesor. Młody mężczyzna wywodzi się z dzielnicy, która rządzi się własnymi, patologicznymi prawami, jednak jest nieprzeciętnie inteligentny i przenikliwy. Szybko przekonuje się, że nie tak łatwo uwolnić się od przeszłości. Upomina się o niego nowy admin Osiedla, który zleca mu odnalezienie zaginionej żony. Okazuje się, że to niełatwe zadanie, a zaginioną kobietę oplata gęsta sieć kłamstw i tajemnic. By wywiązać się z podjętego zlecenia, musi skorzystać z pomocy kobiety, z którą łączą go nie tylko więzy krwi, ale także i bardzo burzliwa przeszłość. 

Kilkanaście stron lektury i pojawia się pierwsza refleksja, którą z powodzeniem mogę wykorzystać w tej opinii. Betonowy pałac autorstwa Gai Grzegorzewskiej wymyka się wszelkim ramom. Czytelnik zostaje wciągnięty w gąszcz niepokojących wydarzeń, które trudno jednoznacznie określić mianem kryminalnych. Bo choć w trakcie lektury ma się do czynienia z zagadkami rodem z wytrawnego kryminału - zaginięciem, seryjnym mordercą - na pierwszy plan wysuwa się tutaj bogate tło społeczno-obyczajowe nasycone patologią, wynaturzeniem i postępkami, od których przeciętnemu obywatelowi włos jeży się na głowie. Co ważne: choć świat Osiedla stworzonego na potrzeby książki Gai Grzegorzewskiej wydaje się być mocno przerysowany, to z pewnością może wzbudzać poczucie niepokoju, jako ponure proroctwo tego, co może spotkać podobne miejsca w przyszłości. 

Niezwykły klimat Betonowego Pałacu oszałamia, przeraża i fascynuje zarazem. Powoduje gorączkę, którą trudno ugasić. To zasługa bohaterów powieści - doskonale skrojonych, żywych i prawdziwych, ale również ich postępków, w większości przypadków pełnych ohydy, brudu i zła. Betonowy pałac nie jest powieścią ładną, nie jest kryminałem z sielskim klimatem jakby rodem z powieści Agathy Christie.  Właściwie to nie poznałam jeszcze żadnej powieści, która klimatem byłaby choć zbliżona do Betonowego pałacu. Niemniej Gai Grzegorzewskiej nie można odmówić dobrego i plastycznego pióra, zmysłu obserwacji i znajomości środowiska, w którym umiejscowiła swoją opowieść. Betonowy pałac zburzył mój spokój, sponiewierał mnie, ale z całą świadomością mówię: chcę jeszcze. I wiem, że zapoznam się z innymi powieściami autorki. 

dziękuję :)


wtorek, 4 listopada 2014

175. Katarzyna Bonda POCHŁANIACZ





Po siedmiu latach pracy w Instytucie Psychologii Śledczej w Huddersfield Sasza Załuska postanawia wrócić do Polski wraz z córeczką Karoliną. Jest gotowa zacząć zupełnie nowe, ustabilizowane życie, podjąć pracę w banku i zachować trzeźwość. Jednak stare życie szybko upomina się o profilerkę. Zgłasza się do niej mężczyzna, który twierdzi, że jego wspólnik chce go zabić. Sasza niechętnie podejmuje się zlecenia i rozpoczyna śledztwo. Sytuacja komplikuje się, kiedy w klubie muzycznym należącym do wspólników dochodzi do strzelaniny, a jeden z nich ginie. Profilerka angażuje się w dochodzenie, którego korzenie wydają się sięgać początku lat dziewięćdziesiątych i twardych rządów mafii, która w tamtym okresie panowała w Trójmieście. Co odkryje Sasza? Jaki związek istnieje pomiędzy współczesnym morderstwem, a śmiercią dwójki młodych ludzi w 1993 roku?

Katarzyna Bonda predysponuje do miana królowej polskiego kryminału i nawet jeśli będzie zmuszona dzielić ten zaszczytny tytuł z innymi autorkami, korona bezsprzecznie się jej należy. Jeśli ktoś ma co do tego jakiekolwiek wątpliwości, powinien sięgnąć po Pochłaniacza, pierwszą z czterech części serii Cztery żywioły Saszy Załuskiej. Pochłaniacz, jak z pewnością łatwo się domyślić, odpowiada powietrzu. Dla niewtajemniczonych: pochłaniaczem określa się tkaninę o podwyższonej chłonności, wykorzystywaną do zabezpieczania zapachu na miejscu przestępstwa. Tytułowy pochłaniacz odgrywa w powieści Katarzyny Bondy nie małą rolę: tutaj na miejscu zbrodni pozostał tylko zapach...

Ilość śladów znalezionych na miejscu zbrodni z całą pewnością nie odpowiada ilości wątków nagromadzonych w powieści Katarzyny Bondy. Czytelnik, który zdecyduje się sięgnąć po ten słuszny gabarytowo tom, musi przygotować się na wielotorową, pełną zakrętów i niebezpieczeństw przygodę. Wydarzenia współczesne zgrabnie przeplatają się tutaj z wątkami sprzed dwudziestu lat, wprowadzając czytelnika w skomplikowany labirynt. Całości dopełnia doskonale skrojone tło społeczno-obyczajowe i liczny poczet bohaterów. Bohaterów dopracowanych i czytelnych, przedstawiających swoje własne historie, przechodzących metamorfozy, pokutujących za błędy i niedopatrzenia. To wszystko może sprawiać wrażenie solidnego miszmaszu. A jednak wszystko wskakuje na swoje miejsce, jak w dopasowanej układance. Katarzyna Bonda niczego nie pozostawia przypadkowi, cała powieść jest starannie dopracowana. 

Warto wspomnieć o dwóch kwestiach, które wyróżniają Pochłaniacza na tle polskich kryminałów, które do tej pory trafiły w moje ręce. Pierwszą jest płeć głównej persony. Nieczęsto zdarza się, by autorzy widzieli w wiodącej postaci kobietę, a Sasza Załuska jest nie tylko kobietą, ale przede wszystkim kobietą nietuzinkową. Nieco zachwianą przez życie, walczącą z własnymi słabościami, ale trwającą na posterunku. Kolejną kwestią jest wizerunek policji, jaki przedstawiła Katarzyna Bonda. W Pochłaniaczu mamy do czynienia z korupcją, układami i układzikami, pieniędzmi wątpliwego pochodzenia, zamiataniem brudnych spraw pod dywan. Wypadło przekonująco. 
Polecam. 



środa, 1 października 2014

165. Tove Alsterdal GROBOWIEC Z CISZY


O swojej rodzinie nie wiedziała nic. Gdy odkryła, że jej chora matka jest właścicielką domu gdzieś na północy Szwecji, zdecydowała się poznać miejsce, z którego się wywodzi. Niespodziewanie podróż ta zamieniła się w pogoń za dawno pogrzebanymi duchami.

Plan Katrine był prosty. Chciała rozejrzeć się po opuszczonym domostwie, w którym wychowała się jej matka, zanim ostatecznie dopełni formalności związanych ze sprzedażą budynku. Kiedy jednak zjawiła się w Kivikangas, odkryła, że życie jej matki spowija gęsta mgła tajemnic. Zapragnęła poznać losy swoich nieznanych przodków. Poprzez Tornedalen i rosyjską Karelię, aż po współczesny Petersburg - Katerine poszukuje prawdy na temat ludzi, których dramatyczne losy pochłonęła zmowa milczenia.

Przyjazd kobiety do Kivikangas zbiega się z brutalnym morderstwem na miejscowym ekscentryku, a ona sama staje się uczestnikiem bardzo niebezpiecznej rozgrywki...

Nazwisko Tove Alsterdal zabłysnęło wśród szwedzkich autorów powieści kryminalnych za sprawą powieści Kobiety w wodzie. Dla mnie było zupełnie obce, co dodawało lekturze smaczku. Opis wydawcy wydawał się niezwykle interesujący, jednak nie spodziewałam się, że autorka może mnie czymś zaskoczyć. Na pierwszy rzut oka fabuła może wydawać się dość banalna. Spokojna wieś gdzieś na końcu świata. Sielski spokój. I makabryczna zbrodnia. Tajemnicza kobieta z wielkiego miasta, która poszukuje prawdy o samej sobie i zostaje zamieszana w toczące się dochodzenie. Autorka powieści Grobowiec z ciszy nie poprzestała jednak na tak prostym zarysie. Jej historia została urozmaicona bogatym wkładem historycznym, który dodaje powieści głębi.

Grobowiec z ciszy to pozornie niezwiązane ze sobą dwie historie, które splatają się w przygranicznej szwedzkiej wiosce. Podstawą pierwszej jest dochodzenie w sprawie śmierci samotnego staruszka. Druga oscyluje wokół poszukiwań rodzinnych korzeni, jakie prowadzi Katerine. Ciekawość kobiety popycha ją do kolejnych podróży i zgłębiania wiedzy, która została pogrzebana przed wieloma laty. Tajemnice, niebezpieczeństwo i niechlubna historia. Towarzysząc bohaterom Tove Alsterdal, czytelnik poznaje nie tylko współczesny obraz społeczności zamieszkującej daleką prowincję, ale również oblicze rozległej Karelii i groźnego Petersburga. To egzotyczna podróż, której nie odbywamy na co dzień przy lekturze książki, więc warto ją wykorzystać. Dodatkowo w powieści Alsterdal teraźniejszość i przeszłość stykają się ze sobą, tworząc wybuchową, emocjonującą mieszankę. Momentami bardzo groźną i niepokojącą do bólu.

Tove Alsterdal dołożyła starań, by jak najwierniej oddać klimat miejsc, w których osadziła swoją opowieść. Jej bohaterowie porozumiewają się więc charakterystycznym językiem, który, jak wierzę, występuje w okolicy Tornedalen, stronach, w których ona sama się wychowała. Przez pewien czas ten oryginalny wydźwięk mi przeszkadzał, wydawał się nienaturalny. Po pewnym czasie wtopił się w książkę i stał interesującym urozmaiceniem. Sama książka jest emocjonująca, tajemnicza i dynamiczna. Jest powieścią kontrastów, gdzie sielskość skandynawskiej prowincji styka się z brutalnością bezpardonowej walki o pieniądze i władzę. Mocna i realistyczna - taka jak lubię.

Egzemplarz dzięki uprzejmości: 



niedziela, 27 lipca 2014

147. Beata i Eugeniusz Dębscy DWUDZIESTA TRZECIA

Uwielbiam, kiedy z szafy wysypują się szkielety. W powieści Beaty i Eugeniusza Dębskich wysypują się one nad wyraz często...

Tomasz Winkler, ekspolicjant zwolniony za domniemaną korupcję, otrzymuje niecodzienne zlecenie. Ma wyjaśnić tajemnicę śmierci żony bogatego biznesmena i zainkasować za to niezłą sumkę. Śledztwo rozpoczyna się od obserwacji wziętego ortopedy, z którym ofiara mogła być uwikłana w romans. Pomimo zebranych informacji Tomasz ma wrażenie, że nie posuwa się do przodu, ale wprost przeciwnie: poznaje tajemnice odległych czasów, które wydają się nie mieć nic wspólnego z tajemniczą śmiercią żony biznesmena. Czy jednak na pewno?

Tak chętnie sięgamy po książki zagranicznych pisarzy, jakby z góry zakładając, że są lepsze. Tymczasem na rodzimym rynku także pojawiają się perełki, którym warto poświęcić nieco czasu. Kilka dni temu uświadomiłam sobie, ba! Przypomniałam sobie, jak bardzo lubię stare PRL-owskie kryminały. Dwudziesta trzecia kryminałem PRL-owskim nie jest, jednak poznając losy Tomasza Winklera, poczułam podobne napięcie, jakie towarzyszy jedynie rozwiązywaniu wciągającej zagadki. No, bo wiecie przecież, jak jest z kryminałem. Czy się chce, czy nie, rozwiązuje się zagadkę wraz z bohaterem...

Zagadka, z jaką mierzy czytelnik w powieści Beaty i Eugeniusza Dębskich wydaje się niezwykle prosta. Główny bohater, Tomasz Winkler, otrzymuje na tacy głowę podejrzanego w sprawie o morderstwo. Jego zadaniem jest udowodnić, że żonę zleceniodawcy zamordował wpływowy lekarz. Szybko okazuje się, że nie tak łatwo jest znaleźć na podejrzanego przysłowiowego „haka”. Tomasz zagłębia się w przeszłość lekarza, szuka rozwiązania, badając jego korzenie. To, co odkryje, okaże się nie tylko wstrząsające ale i bardzo niebezpieczne.

Największym atutem tej powieści są emocje, które towarzyszą czytelnikowi aż do samego końca. Jednak na uwagę zasługuje także mistrzowsko stworzone tło rodzinne detektywa. Tomasz mieszka na co dzień z babcią i niedużym kundelkiem, Kropką. Babcia Roma jest niezwykle specyficzną i ciepłą osobą. Chętnie wypija z wnukiem szklaneczkę dobrego koniaku, kielonka także wychyla. Przegryza wszystko śledzikiem, papieroskiem, sudoku oraz celnym, często mocno zgryźliwym komentarzem. Okazuje prowadzącemu śledztwo wnukowi wsparcie przy pomocy trafnych spostrzeżeń. Nie sposób babci Romy nie polubić i to ona odgrywa w tej powieści rolę oscarową...

Dwudziesta trzecia jest dobrze skonstruowanym kryminałem, który zaskakuje i emocjonuje.  Zaskakuje przede wszystkim finałem, o którym z względów oczywistych wspomnieć nie mogę, ale który rasowych czytelników thrillerów/kryminałów zadowolić powinien. Jest krwawo, jest tajemniczo i jest emocjonująco.
W moim przypadku do szczęścia więcej nie potrzeba, no może poza dobrym, przyswajalnym językiem powieści. Dwudziestą trzecią pod kątem języka oceniam dobrze, niemniej mogłoby być lepiej. Momentami drażniły mnie wtrącenia ni z gruszki ni z pietruszki, ale w ferworze emocji, jakie towarzyszą książce, szybko to zgubiłam. Z bohaterami państwa Dębskich się zaprzyjaźniłam, więc mam nadzieję, że spotkam ich na kartach kolejnej powieści. 







niedziela, 1 czerwca 2014

129. Agnieszka Krawczyk NOC ZIMOWEGO PRZESILENIA


Do tej pory nie miałam szczęścia do kryminałów retro.
Czy tym razem szczęście czytelnicze mi dopisało?

Rok 1941, trwa okupacja niemiecka. Kraków staje się siedzibą Generalnego Gubernatorstwa. Kiedy w tajemniczych okolicznościach znika słynny jasnowidz, Julian Orwat, jego siostra zwraca się o pomoc do młodego detektywa, Artura Załuskiego. Mężczyzna rozpoczyna trudne i niebezpieczne śledztwo. W tym samym czasie na terenie Krakowa ktoś porywa i morduje młode kobiety. Ojciec jednej z nich zwrócił się o pomoc do zaginionego jasnowidza. Tymczasem na drodze Załuskiego staje piękna i niebezpieczna baronówna, o której mówi się, że jest ulubienicą samego Hitlera...

Lektura powieści, których akcja osadzona zostaje w przeszłości, to dla mnie zawsze podwójna przyjemność. Równocześnie jest to wielkie wyzwanie dla autora,który nie tylko musi wykreować ciekawych bohaterów i skupić się na prowadzeniu interesującej akcji, ale musi także przygotować tło historyczne dla swojej historii i scalić wszystko, by pięknie się ze sobą zgrało. Jeśli autor podoła temu zadaniu, może powstać książka, która swoim klimatem porwie czytelnika, sprawi, że poczuje on zapach ulicy, tchnienie wiatru, kroplę deszczu na policzku...

I tak właśnie zadziałała na mnie powieść Noc zimowego przesilenia. Kiedy zaczynałam czytać książkę Agnieszki Krawczyk, nawet nie podejrzewałam, że tak emocjonalnie przeżyję tę historię. Każda książka jest dla mnie okazją do odbycia jakiejś podróży: w odległe czasy lub na dalekie ziemie, to zależy, co przynosi dana historia. Ale niektóre podróże, są bardziej intensywne, czuje się je mocniej. Tak było w przypadku Nocy zimowego przesilenia, dzięki której pozwoliłam się przenieść do okupowanego Krakowa.

Kraków jest mi szczególnie bliski. Mam go w zasięgu ręki i nigdy nie jest mi go zbyt wiele. Jednak Kraków pod okupacją niemiecką to dla mnie doświadczenie zupełnie inne. Wraz z bohaterami Agnieszki Krawczyk przemierzyłam znane sobie uliczki i dotknęłam dłonią ścian znajomych budynków, ale po raz pierwszy poczułam inną atmosferę. Słyszałam trzepot hitlerowskich sztandarów powiewających na krakowskim rynku i jazgot słynnych szczekaczek. Zagłębiłam się w okolice Podgórza, tym razem nie zatrzymując się pod Koroną, ale zmierzając w stronę żydowskiego getta. Czułam ludzki strach i zwątpienie, czułam terror hitlerowskich władz i złość w kierunku tych, którzy usiłowali się z najeźdźcą spoufalić...

A przecież do zaledwie namiastka tego, co przygotowała dla swoich czytelników Agnieszka Krawczyk. Bo niesamowita atmosfera wojennego Krakowa to jedno, a emocjonująca zagadka, z którą przyjdzie zmierzyć się jej bohaterowi, Arturowi Załuskiemu, to kolejny atut tej powieści. Młody detektyw staje przed nie lada wyzwaniem. To już nie sprawa drobnego kalibru, z jakimi mierzył się przed wybuchem wojny. Mężczyzna czuje, że tym razem osacza go coś naprawdę niebezpiecznego i że udział w tym, może kosztować go nawet życie. Czytelnik towarzyszy detektywowi w prowadzonym dochodzeniu, biorąc udział w tajemniczych spotkaniach, uczestnicząc w pełnych napięcia pościgach, równocześnie obserwując zachodzącą w nim zmianę wewnętrzną. To naprawdę interesujące doświadczenie.

Powieść Agnieszki Krawczyk zawiera to, co lubię: barwne postaci, interesujące tło historyczne, niezwykły klimat, a także świetnie skonstruowaną zagadkę kryminalną, która zapewnia emocjonującą lekturę do ostatniej strony. Pozostaję pod wielkim wrażeniem warsztatu literackiego autorki, Noc zimowego przesilenia zaś trafia na półkę z moimi ulubionymi powieściami. Tymi, do których wracam.


Za możliwość przeczytania powieści dziękuję: 


piątek, 16 maja 2014

124. Veit Etzold CIĘCIE




Powieść, o której dzisiaj napiszę, jest nie tylko zapisem przerażających zbrodni i polowania na sadystycznego mordercę. Jest także poniekąd głosem rozsądku, gdy chodzi o nasze wirtualne życie...

Życie Clary Vidalis znaczy tragiczna śmierć siostrzyczki, która została uprowadzona, zgwałcona i zamordowana przez nieznanego sprawcę. Kobieta pracuje w policji i odnosi wiele zawodowych sukcesów, tropiąc psychopatycznych morderców.Tak naprawdę jednak trawi ją pragnienie zemsty i marzy, że pewnego dnia odnajdzie i zamorduje człowieka, który w tak odrażający sposób skrzywdził małą Claudię...


W rocznicę śmierci siostry Clara otrzymuje od nieznajomego nadawcy płytę CD, na której zarejestrowano brutalne morderstwo dokonane na młodej dziewczynie. Kiedy policja ustala tożsamość ofiary i zjawia się w jej mieszkaniu, okazuje się, że ciało zostało zmumifikowane, a zbrodnia została zaplanowana i popełniona kilka miesięcy wcześniej. Jak to się stało, że nikt nie odkrył śmierci młodej kobiety? Wszystko wskazuje, że policji przyjdzie stoczyć potyczkę z niesamowicie inteligentnym i zapobiegliwym mordercą, który potrafi przejmować ludzkie tożsamości i zawsze wyprzedzać przeciwników o krok... Czego morderca chce od Clary Vidalis, dlaczego wciąga ją w swoją grę? A może chce zaoferować kobiecie coś, na czym zależy jej najbardziej na świecie?

Żyjemy w dobie Internetu, otaczamy się licznymi witrynami i portalami, sieć www oplotła nas do tego stopnia, że wydaje nam się, że bez nie możemy funkcjonować. Utrzymujemy kontakty ze znajomymi za pomocą komunikatorów internetowych, szukamy porad na specjalistycznych forach, nawet leczyć próbujemy się z pomocą doktora Google. Równocześnie uzewnętrzniamy swoje życie na portalach społecznościowych, obnażając je przed całym światem i chwaląc się tak interesującym zajęciem, jakim jest obieranie ziemniaków czy spacer z psem... Nie zdajemy sobie sprawy z tego, że im mocniej żyjemy w sieci, tym mniej wyraźni jesteśmy dla naszych znajomych w realnym świecie. Żyjemy, póki żyje nasze wirtualne "ja", póki za pomocą myszki i klawiatury obwieszczamy światu, że mamy się dobrze...

Jasmin Peters jedna z ofiar w Cięciu leżała martwa i zupełnie niepokojona przez nikogo w swoim mieszkaniu przez pół roku. Mężczyzna, który ją zamordował, przejął jej wirtualną tożsamość i kontaktował się z jej znajomymi, dając tym sposobem dowód, że Jasmin żyje. Nikt nie poddał w wątpliwość, tego co robił. Wcześniej kobieta osobiście podpisała na siebie wyrok śmierci, podając mordercy za pomocą portali społecznościowych wszystkie informacje na temat siebie i swojego życia. W swojej powieści Veit Etzold nie tylko ostrzega, jakie ryzyko ponosimy nadmiernie ufając sieci, ale także ukazuje smutny obraz naszych czasów, gdy kontakty wirtualne są przedkładane nad szczerą rozmowę oko w oko.

Veit Etzold oparł fabułę swojej powieści na sile sieci WWW, jednak pochylił się także nad brutalnością świata, który przesuwa granice coraz dalej, naciągając moralność, jak kawałek gumy. Nic więc dziwnego, że książka jest bardzo brutalna i zdecydowanie nieodpowiednia dla wrażliwych czytelników. Na kartach Cięcia opisy wydarzeń, popełnianych zbrodni czy działań policyjnych są bardzo dosadne i aż kują po oczach swoim realizmem, a co za tym idzie, dla co wrażliwszych czytelników może to nie być przyjemne doznanie. Z pewnością książka sprosta jednak oczekiwaniom miłośników mocnych i krwawych thrillerów. Autor zadbał o to, by trzymała w napięciu aż do ostatniej strony, by wciągała czytelnika w akcję swoją dynamiką i szybkością. A równocześnie pozwolił nam zajrzeć w niebezpieczne zakątki, jakie stanowi umysł mordercy. Zabrał nas w wycieczkę, która zawiodła nas do chwili, która zadecydowała być może o tym, że ten konkretny człowiek został psychopatą... Pozwolił nam wyrobić sobie zdanie na jego temat, napiętnować lub usprawiedliwić... zagłębił się w tę sferę, a my wraz z nim.

Powieść Cięcie to jedna z najlepszych przedstawicielek swego gatunku, jaką przyszło mi czytać. Jej niewątpliwym atutem jest świeży pomysł na fabułę, wyraziste postaci, dobry, płynny styl autora, dynamika i nieszablonowe zakończenie. A przede wszystkim to, że nie sposób się oderwać. Od książki i od niepokojącej myśli, że w chwili, gdy czytamy,być może ktoś śledzi nasze wirtualne życie i nas samych...


Za możliwość przeczytania powieści dziękuję: