Pokazywanie postów oznaczonych etykietą *Kalina w malinach. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą *Kalina w malinach. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 marca 2017

Book Tour z Kaliną :)

Kasia z bloga Mama z pasjami organizuje Book Tour z trzecią częścią cyklu Kalina w malinach: Nic dwa razy się nie zdarzy. Jeżeli macie ochotę przeczytać tę książkę i podzielić się opinią (na blogu, fejsbuku, lub w innym miejscu) - zachęcam do odwiedzin na blogu i zapoznania się z warunkami uczestnictwa. Kasia przygotowała niespodzianki, a ja... chętnie dowiem się, co sądzicie o zakończeniu przygód tej zwariowanej dziewczyny, lub ... jak wyobrażacie sobie ich dalszy ciąg ;)


Nie czytaliście dwóch poprzednich części? Nie szkodzi! Jak donoszą czytelnicy, można czytać trzecią część zupełnie osobno i bawić się równie świetnie! Jeśli chcecie poznać nowe zastosowanie oleju roślinnego i ściereczki do zmywania, zapraszam serdecznie!


środa, 15 lutego 2017

Nic dwa razy się nie zdarzy!

 

Mam  dzisiaj dla Was małą niespodziankę.
Pierwszy rozdział "Nic dwa razy się nie zdarzy"
Miłej lektury!

Tak to się zaczyna…


Sukienka jest skromna. Zbyt skromna, według matki, która najchętniej zapakowałaby mnie w zwój tiuli i koronek, a na koniec przewiązała sztywno wykrochmaloną atłasową wstęgą. Pozbawiona ozdóbek („Tutaj i jeszcze tutaj przydałaby się malutka różyczka”), trenu („Mogłaby go nieść mała dziewczynka w różowej sukieneczce, kapelusiku i podkolanówkach z lamówką”), falbanek („Ani jednej? Naprawdę?”), kryształków Swarovskiego („A ostatnim razem tak ładnie ci było… ale masz rację, ludzie na pewno jeszcze nie zapomnieli”) i z dość głębokim dekoltem. („O zobacz, tutaj ci się rozdarło. Zepniemy agrafką? Jak to: się nie rozdarło? Jak to: tak ma być?!”). Sukienka ma cudowny kremowy kolor („Jesteś pewna? Wygląda jak niedoprana poszwa!”), jest obcisła i po prostu wspaniała.
Uwielbiam ją i od momentu, kiedy ją przywieziono, średnio co trzy minuty odsłaniam pokrowiec i wzdycham przed nią z zachwytu. Towarzyszy mi przy tym malutkie, za to bardzo nieznośne uczucie déjà vu, ale staram się je ignorować. Za mąż wychodzi się tylko raz. Nawet jeśli ten raz troszkę się zdublował…


Wychodzę za mąż. Tym razem za porządnego faceta, z naturalną opalenizną, bez kolegów w przestępczym półświatku i ciągotek w kierunku moich przyjaciółek. I tym razem mam zamiar doprowadzić ślub do skutku, wypowiedzieć słowa przysięgi, wymienić obrączki, zebrać gratulacje, wiązanki kwiatów w celofanie i prezenty, a w późniejszym terminie dokonać zmiany nazwiska. Być z Markiem na dobre i złe, wspólnie smażyć placki ziemniaczane i kłócić się, czy mają być z gulaszem, czy sosem pieczarkowym. Wspólnie z Mareczkiem wyprowadzać na spacery psa i kopać go po kostkach, kiedy za głośno chrapie. Marka, nie psa, oczywiście. Być żoną, tak zwyczajnie i po prostu.
Znowu bujasz w obłokach? – Tuż obok mnie materializuje się matka i łypie groźnie okiem. Wzdycham głęboko i kręcę głową, kolejny raz wyrzucając sobie, że dałam się namówić na spędzenie ostatniej nocy przed ślubem w swoim panieńskim pokoju. Nie uchodzi, żebyście szykowali się do kościoła w jednym mieszkaniu, stwierdziła matrona. W tej chwili to ja mam ochotę ujść. Jak najdalej od wojowniczo podpartej pod boki rodzicielki.
Nie bujam – tłumaczę. – Podziwiam sukienkę…
Jakby było co podziwiać… – pojękuje matka. – To wcale nie przypomina sukni ślubnej, już bardziej koszulę nocną. Może nie jest jeszcze za późno, co? Z rana podskoczę do cioci Irenki i pożyczę sukienkę, w której szła do ślubu jej synowa. Pamiętasz? Taka wyszywana w bordowe różyczki. A to – matka wskazuje brodą piękną kreację, nad wyborem której spędziłam trzy bezsenne noce, chowając się przed Markiem w toalecie – możesz założyć na noc poślubną!
Zaciskam pięści, przy okazji łamiąc jeden z paznokci, tak starannie piłowanych przez pół popołudnia.
Mamo, wybij to sobie z głowy! To moja suknia ślubna. Nie założę innej. Właśnie takie sukienki są teraz modne i właśnie w takiej zamierzam pójść do ślubu!
Jesteś pewna? Może chociaż doszyjemy z tyłu kokardę? Mam taką ładną różową wstążkę…
Mamo!
Już dobrze, dobrze. Nie musisz się tak pieklić. Ale wiedz, że jest mi bardzo przykro, że tak w ogóle nie liczysz się z moim zdaniem. Zobaczysz, że tego pożałujesz. Na zdjęciach ślubnych będziesz wyglądać jak oberwaniec!
Pospiesznie przymykam oczy i liczę do dziesięciu. Po hiszpańsku, bo irytacji związanej z mądrościami mojej matki tradycyjne liczenie już nie jest w stanie pokonać. Kiedy kończę, unoszę powieki i zaskoczona stwierdzam, że zostałam w pokoju sama. No, prawie sama, bo w poprzek łóżka rozłożył się zadowolony Młynek. Opadam obok niego, splatam dłonie na piersi i ponownie zaczynam bujać w obłokach. W jednym matka ma rację: najwyższa pora zaplanować atrakcje związane z nocą poślubną…


Jestem szczęśliwa. Tak bardzo szczęśliwa, że czasami mam ochotę porządnie uszczypnąć się w tyłek, aby sprawdzić, czy to na pewno nie jest tylko pięknym snem. Moja przyjaciółka Iwa mówi, że takie szczypanie przynosi same korzyści, bo nie dość, że człowiek zachowuje trzeźwe spojrzenie na życie, to jeszcze ma jędrne pośladki…
Był taki moment, kiedy poważnie się obawiałam, czy jestem w stanie po raz kolejny zaufać mężczyźnie po tym, jak tuż przed odświętnie przystrojonym ołtarzem dowiedziałam się, że mój narzeczony, Patryk Cieplak pseudonim Cieplarnia, zostanie ojcem dziecka jednej z moich przyjaciółek. Od tamtego dramatycznego momentu upłynęły ponad dwa lata i muszę obiektywnie przyznać, że to chyba najbarwniejsze dwa lata w moim życiu! Odkryłam spa urządzone w malowniczym dworku w Kamionkach, poznałam najcudowniejszych ludzi pod słońcem, rozwiązałam dwie zagadki kryminalne, w tym jedną dotyczącą bardzo tajemniczego morderstwa, przygarnęłam najbardziej upierdliwego, najmocniej rozpychającego się i najukochańszego psa pod słońcem. A co najważniejsze: poznałam Marka i ponownie uwierzyłam w miłość.
Tak, tak, wiem, że to tak słodkie, że aż ocieka lukrem. Ozdobionym serduszkami z różowego marcepanu i posypką z cukru. Dla równowagi dodam, że prawdopodobnie jesteśmy najbardziej kłótliwą parą w Krakowie. A być może nawet w całej Małopolsce…
Poprzednim razem mój ślub zakończył się katastrofą. Oczywiście w ostatecznym rozrachunku wyszło mi to na dobre, szczególnie że mój wybranek na późniejszym etapie historii okazał się pospolitym złodziejem, ale uwierzcie mi na słowo, że kiedy ciskałam starannie zaprojektowanym bukietem i mierzyłam pięścią w twarz zdrajcy, wcale nie było mi do śmiechu.
Tym razem będzie inaczej.
Żadnych tiuli, kryształków i kokardek.
Żadnego rosołu z fantazyjnym łabądkiem z ciasta.
Żadnych zdradliwych przyjaciółek i dramatycznych przerw w ceremonii.
Odpowiedni mężczyzna na odpowiednim miejscu.
Przysięga, obrączka, noc poślubna w najpiękniejszym pokoju w kamionkowskim dworku.
Młynek w nogach łóżka i kawa o poranku, pita z czerwonego kubka w białe groszki.
Stworzyłam szczegółowy plan i zapisałam go w notesiku z fioletową okładką.
Wszystko przebiegnie zgodnie z ustaleniami. Dopilnuję tego.


Kalina, masz gości! – z zamyślenia wyrywa mnie zirytowany głos matki. Zaskoczona, zrywam się z posłania, przygładzam włosy i człapię do przedpokoju. W ramach ostatniej panieńskiej nocy wydobyłam z szafki na buty stare papucie z króliczymi uszami. Wyglądam w nich idiotycznie, ale nie mogłam się powstrzymać. Później wyprawię je w ostatnią podróż, do wiaderka na odpadki zlokalizowanego pod kuchennym zlewem.
W drzwiach wejściowych tłoczą się moje przyjaciółki. Przyjaciółki mam już tylko dwie, z racji iż ta trzecia zbyt mocno wczuła się w swoją rolę i została kochanką mojego byłego niedoszłego, a po wszystkim jeszcze się na mnie śmiertelnie obraziła, że nie chcę sprawować opieki nad ich wspólną córką. To skomplikowana historia i nie zamierzam się w nią teraz wikłać. Muszę się za to dowiedzieć, co w progu mieszkania moich rodziców porabiają pozostałe dwie.
A co wy tutaj robicie? – Patrzę na nie podejrzliwie.
W odpowiedzi Iwa wsuwa dłoń do przepastnej torby i wydobywa butelkę szampana. Mirka uśmiecha się szelmowsko i potrząsa paczką chipsów o smaku pieczonej kiełbaski.
Pomyślałyśmy sobie, że przyda ci się dzisiaj towarzystwo. Na pewno się denerwujesz…
Wcale – mówię zgodnie z prawdą.
Nie szkodzi, my i tak z tobą chętnie posiedzimy. To w końcu wieczór panieński, co nie?
Cieszę się, że o mnie myślicie. Ale nic z tego.
Czego? – dziwi się Mirka.
Tego. Już raz to przerabiałam. Były wieczory panieńskie i koleżeńskie, miała być ceremonia z pompą. A skończyło się klapą. Dziękuję, jednak tym razem nie skorzystam.
Ale… – zaczyna Mirka. Bezceremonialnie wypycham ją za drzwi i pospiesznie cmokam obydwie w policzki, żeby się czasem nie obraziły.
Nie ma żadnego ale! – Uśmiecham się. – Musimy się wyspać, prawda? W naszym wieku sen jest bardzo ważny, inaczej wychodzą podstępne zmarszczki. Widzimy się jutro w kościele, tak?
Iwa i Mirka wyglądają na lekko przestraszone, w końcu jednak dociera do nich, że to bynajmniej nie jest przytyk w ich stronę, a jedynie moje złe wspomnienia, które wolę pogrzebać. Że odprawiam jakiś rytuał, który ma zapewnić nam szczęśliwe zakończenie ceremonii. Zamykam za nimi drzwi; w ostatniej chwili coś sobie przypominam, wysuwam głowę na klatkę schodową i wołam za oddalającymi się dziewczynami:
Pewnie nie muszę o tym wspominać, ale… niech żadna nie waży się przerywać ceremonii!
Opieram się plecami o drzwi i uśmiecham sama do siebie.
Tym razem wszystko przebiegnie idealnie! Mam wrażenie, że dopilnowałam wszystkiego. Teraz z poczuciem należycie spełnionego obowiązku mogę się położyć i wyspać przed czekającym mnie dniem. Nie pozwolę moim zmarszczkom na żadne podstępne wystąpienia. Będzie pięknie, będzie ślub, będzie, bo…
Nic dwa razy się nie zdarzy!


Ceremonia ślubna zaczyna się zgodnie z planem, misternie ułożonym, modyfikowanym wielokrotnie i starannie zanotowanym w notatniku z fioletową okładką.
Na sobie mam wymarzoną suknię ślubną. Udało mi się uciec przed zapędami matki, która jeszcze z rana próbowała do niej przyszyć sztuczne perełki kupione w pasmanterii na rogu, dzięki czemu nadal jest prosta, skromna i piękna. Powiodło mi się również w uniknięciu stroika z białych piórek i gerber. Zwinęłam go w kulkę, wcisnęłam ukradkiem do rozdeptanego papucia z króliczym uszkiem i całość z dumną miną wrzuciłam do kontenera na śmieci. Następnie przez blisko godzinę z żałobną miną pomagałam matce przetrząsać mieszkanie w jego poszukiwaniu, powtarzając, że był taki piękny i z pewnością ożywiłby moją kreację…
Uzupełnieniem mojego stroju są delikatne pantofelki na niewysokim obcasie i bukiecik z kremowych frezji. Ściskam kwiaty drżącą dłonią, równocześnie lustrując subtelną dekorację ołtarza i nielicznych gości zgromadzonych w kościelnych ławkach. Na samym przodzie siedzi pochlipująca matka. Zastanawiam się, czy płacze, ponieważ w końcu wydaje mnie za mąż, czy po prostu nie może przeżałować utraty stroika. Tuż za matką siedzą Iwa i Mirka, obie mają nieco przestraszone miny i są wyraźnie zmięte. Najwyraźniej nie posłuchały mojej dobrej rady i nie położyły się wcześnie spać. Dyskretnie grożę im palcem, a one parskają tłumionym śmiechem.
Ławkę dalej dostrzegam gości przybyłych z Kamionek. Pani Eliza w eleganckiej etolce i kapeluszu przystrojonym kwiatami, obok Szparka i jej wąsaty adorator, Karol Broszko. Na brzegu ławki siedzi Nadzieja; rozanielona mina kucharki mówi mi, że najwyraźniej uwielbia śluby! Brakuje tylko Starego Jana i Młynarczykowej, wtedy byłby już komplet.
W ławkach na lewo siedzą bliscy Marka. Jego rodzice już nie żyją, ale w pierwszym rzędzie zasiada starsza siostra z mężem i ośmioletnim synem. Ten mały ma więcej piegów niż Carrie Bradshaw butów, choć wydaje się to mało prawdopodobne!
Ślub idealny. Wymarzona sukienka, piękna oprawa, delikatna muzyka w tle, najważniejsi goście zgromadzeni, aby świętować z nami ten piękny dzień. Wszystko przebiega zgodnie z nakreślonym planem.
No, prawie wszystko.
W notesie z fioletową okładką znajdziecie informacje o kremie z zielonego groszku i pieczeni jagnięcej z kluskami. O cytrynowej tarcie i ślicznej satynowej koszulce z czekoladową koronką, kupioną specjalnie z myślą o nocy poślubnej. Znajdziecie listę gości i imion naszych potencjalnych przyszłych dzieci. Ale nie znajdziecie w nim odpowiedzi na pytanie, dlaczego pół godziny po czasie planowej ceremonii ślubnej miejsce u mojego boku nadal pozostaje puste…


poniedziałek, 31 października 2016

O targach nieco inaczej

Krakowskie Targi Książki dotychczas odwiedzałam jako czytelnik, bloger i maniak książkowy. Tym razem role nieco się podzieliły, ponieważ po raz pierwszy pojawiłam się na nich także jako autor. Niesamowite przeżycie. Nie będę kłamać, bardzo stresujące. Już od kilku tygodni zamartwiałam się, jak to wypadnie, czy nie będę czasem siedzieć przy stoliczku sama i spoglądać ponuro na przewijających się obok ludzi. Na szczęście moim wspomnieniom z tegorocznych targów będą towarzyszyć zgoła odmienne emocje. A to wszystko dzięki wyjątkowym ludziom. 

Nim trafiłam na stoisko Czwartej Strony i ustawiono dla mnie szykowny stoliczek ze stosem książek, odwiedziłam w Krakowie wyjątkowe miejsce. Nigdy wcześniej nie byłam w krakowskim schronisku, ponieważ naszego bezdomniaka przywiozła dla nas pani Kasia Gromska z Radomia. Wraz z Kasią z wydawnictwa i towarzyszącym mi mężem miałam okazję zwiedzić schronisko, spotkać się z bezdomnymi czworonogami i porozmawiać z kierownikiem azylu, panem Szymonem. Było to dla nas niesamowite przeżycie, ponieważ ogrom pracy, jaki ci ludzie wkładają w pomoc zwierzętom jest po prostu nie do ogarnięcia, a samo spotkanie z mieszkańcami zakratowanych boksów dostarcza bardzo silnych emocji. Wspomniane spotkanie było w pewnym sensie związane z premierą kolejnej części cyklu Kalina w Malinach, zatem szerzej o nim napiszę w innym czasie. 

Po dojeździe na teren Targów i po powitaniu ekipy z wydawnictwa rzuciliśmy się między stoiska. Zakupy dla siebie, dla zaprzyjaźnionych osób, dla córki... uzbierało się z tego kilka pokaźnych pakunków. Wiem, że wiele osób narzeka, że na targach nie jest taniej, ale ja jestem zdania, że można upolować wiele perełek. Kupiłam kilka pozycji, na które miałam ochotę od dłuższego czasu, kilka przygotowałam w formie prezentu, uzupełniłam biblioteczkę Milenki. Przez kilka dni będę unikać zaglądania na konto, ale cóż tam ;)

Dla siebie zdobyłam: 
"Fortele nierządnicy" - Iny Lorentz
"Miasto archipelag" Filipa Springera 
"Ścianę sekretów" - Tany French 
"Dzieci Norwegii" - Macieja Czarneckiego 
"Wniebowzięte" - Anny Sulińskiej
"Mariannę" - Magdaleny Wali z autografem autorki 
"Serce z bibuły" - Karoliny Wilczyńskiej
Mój mąż postawił na pozycje dotyczące II Wojny Światowej, Wołynia oraz Powstania Warszawskiego, Milenka dostała ukochaną Kicię Kocię i nowe przygody Maksa :)

Przed spotkaniem udało mi się poznać Magdalenę Walę, autorkę "Przypadków pewnej desperatki" oraz "Marianny". Rozmowa na tematy literackie i nie tylko, okazała się przemiła. Magda jest niezwykle ciepłą i sympatyczną osobą, bardzo się cieszę, że udało nam się poznać i pogawędzić. Musicie też wiedzieć, że cała ekipa z Czwartej Strony i Wydawnictwa Poznańskiego to wspaniali ludzie, dzięki którym czułam się na Targach jak w domu i natychmiast minął mi stres związany ze spotkaniem! 

I nareszcie samo spotkanie! Nie macie pojęcia, jak się ucieszyłam, że czytelnicy do mnie przyszli! Na początek musiałam, po prostu musiałam, wyściskać Martę z bloga Do ostatniej pestki trzeba żyć. Marta dotrzymywała mi towarzystwa na stoisku, potem dołączył także Tomek z Nowalijek oraz Kasia i Daniel Englot. Oczywiście na blogowej braci się nie skończyło, przyszli także inni czytelnicy. Wielką przyjemnością było spotkanie, podpisywanie książek i krótka rozmowa. Nawet nie zauważyłam, kiedy upłynęła "moja" godzina, bo tyle było śmiechu i żartów! Dziękuję, że przyszliście i mogliśmy spędzić ten czas razem :)






 
 

niedziela, 26 czerwca 2016

Spotkanie autorskie w Kalwarii Zebrzydowskiej

Zapracowana ze mnie mama absorbującej czterolatki i trudno mi wyrwać się na spotkania autorskie. Co wcale nie znaczy, że nie mam na nie ochoty i że nie ruszę w Polskę, by poznawać czytelników i blogerów. Mam nadzieję, że już wkrótce, a póki co... skupiam się na pisaniu. Jednak dla jednej biblioteki po prostu musiałam zrobić wyjątek. Zaprzyjaźniona biblioteka w Kalwarii Zebrzydowskiej, gdzie przez długi czas prowadziłam spotkania dyskusyjne, biblioteka, którą zawsze chętnie odwiedzam i z której namiętnie pożyczam i przetrzymuję książki, choć mam ich zbyt wiele :) Tak, tam po prostu musiało odbyć się spotkanie. 

I uwierzcie, nie mogło być takie całkiem zwyczajne :)

Dyrekcja i pracownicy biblioteki spisali się po prostu na medal. Zorganizowano wspaniały kącik dla najmłodszych, dzięki czemu mamy i babcie mogły spokojnie delektować się spotkaniem. Jako mama dziecka, które nie potrafi dłużej usiedzieć w jednym miejscu, wiem, jak to jest chodzić na podobne spotkania z pociechą. I wiem, jak jest przykro z nich rezygnować, bo nie ma z kim malucha zostawić. Zatem kącik, czy jak to określiła jedna z uczestniczek, bawialnia dla dzieci :)


Podczas spotkania opowiedziałam troszkę o sobie i książce, udzieliłam odpowiedzi na kilka pytań i zdradziłam co nieco z fabuły kolejnej części. A niezawodne czytelniczki odczytały swoje ulubione fragmenty, choć jak stwierdziły, nie sposób przeczytać całej książki w czasie krótkiego spotkania. Dziękuję!



A po gadaniu przyszła pora na czyny :)

niezawodna Natalia prowadzi warsztaty

Z racji, że książka delikatnie oscyluje wokół tematyki ślubnej, przygotowałyśmy niespodziankę w postaci warsztatów z robienia kartek ślubnych. Warsztaty poprowadziła niezawodna Natalia z (Po)Tworków, wszystko wypadło wspaniale, a spod palców uczestniczek wyszły prawdziwe cudeńka. Uczestnicy mogli zabrać kartki do domu, ale zgodzili się przekazać je na aukcję charytatywną dla małej Julki, która zbiera pieniążki na operację oraz codzienną terapię!

takie cudeńka powstały na spotkaniu. wszystkie zostaną przekazane na aukcję dla Julki!


Spotkanie przebiegło w bardzo przyjacielskiej i wesołej atmosferze, serdecznie dziękuję za przybycie, a dyrekcji i pracownikom biblioteki za zorganizowanie tak bajecznego wydarzenia! Oby więcej takich :))

więcej zdjęć: Tutaj


poniedziałek, 28 grudnia 2015

Debiut w nowej roli :)

Już wkrótce spełni się jedno z moich wielkich marzeń, w lutym zadebiutuję w roli autorki i z drżeniem serca będę oczekiwać na pierwsze - i kolejne - recenzje własnej książki. Pozwólcie, że dziś podzielę się z Wami moją radością i uchylę rąbka tajemnicy związanej z powieścią "I że ci nie odpuszczę". Z zapowiedzią książki można zapoznać się już na stronie wydawcy - Czwartej Strony :) I że ci nie odpuszczę :)  Ma ona już także swoją stronę na portalu  Lubimy Czytać - TUTAJ


Jak podoba się Wam okładka? Według mnie jest troszkę przekorna i bardzo kobieca - zupełnie jak historia, która się za nią kryje. To komedia, ociupinkę romantyczna, trochę kryminalna, mam nadzieję, że bardzo zabawna. Taka do parskania śmiechem i na poprawę fatalnego humoru. Taki był zamysł i mam nadzieję, że się udało :)

Chciałabym, żebyście towarzyszyli mi w nowej przygodzie, przygodzie, którą na blogu ukryję pod etykietą "Kalina w malinach". Właśnie tak zatytułowana jest seria o perypetiach pechowej panny młodej, która przed ołtarzem dowiaduje się, że jej ukochany wpuścił ją w maliny i zostanie tatusiem dziecka innej kobiety. Co z tego wyniknie? Cała masa różnych perypetii :)

Trzymajcie kciuki za mnie i Kalinę :)