piątek, 15 czerwca 2018

270. Kamil Janicki EPOKA MILCZENIA Przedwojenna Polska, o której wstydzimy się mówić

Molestowanie seksualne, wulgarne zaczepki, gwałty – życie naszych babek i prababek nie było usłane różami. Kobiety żyjące w przedwojennej Polsce mało kiedy mogły liczyć na obronę i sprawiedliwość. Nawet jeśli przełamywały wstyd i miały odwagę opowiedzieć o krzywdzie, jaka je spotkała, uznawano, że wina leży po ich stronie, że przedstawione wydarzenia są wytworem ich wyobraźni, a jeśli zasądzano jakieś wyroki, to były one śmiesznie niskie. O przestępstwach seksualnych czy dewiacjach się nie mówiło. Był to temat tabu, lepiej było udawać, że takie rzeczy w ogóle nie mają miejsca. A pokrzywdzeni? Cóż, skoro zazwyczaj nie mogli liczyć na zrozumienie ze strony swoich najbliższych, nie powinna dziwić obojętność a nawet wrogość społeczeństwa, prawda?

W swojej najnowszej książce Kamil Janicki bierze pod lupę dwudziestolecie międzywojenne i obdziera je z ładnego, kolorowego papierka. Epoka, którą wielokrotnie przedstawia się jako niezwykle barwną, kulturalną i wyrafinowaną, w rzeczywistości nie była taka idealna i obfitowała w straszliwe zbrodnie seksualne. I bynajmniej nie były one udziałem tak zwanego marginesu społecznego czy biedoty. Owszem, w takim środowisku z pewnością było się na napaść bardziej narażonym, ale „wstydliwe występki” zdarzały się także w dobrych i majętnych domach. Choć naturalnie na wypadało o tym wspominać.

Kamil Janicki odsłania przed nami nie tylko brud opisanej epoki, ale wskazuje również demoralizację społeczeństwa, które w wielu przypadkach nie widziało w podobnych przestępstwach niczego zdrożnego czy dziwnego. W niektórych kręgach uznawane za normalne było to, że służące świadczą chlebodawcom seksualne usługi, zupełnie jakby nie były one ludźmi, ale sprzętami ustawionymi w domu dla wygody państwa. Również prasa – zamiast piętnować podobne występki – niejednokrotnie czyniła je tematem żartów, frywolnych opowiastek czy wierszyków. Wszak gwałt to świetna zabawa, można się pośmiać, czyż nie?

Nie będę ukrywać: to nie jest przyjemna książka. To lektura, przy której wszystko aż skręca od środka, zaciska się zęby z bezsilności i kręci głową z niedowierzaniem. Niby wiemy, że gwałt nie jest znakiem naszych czasów, że i przed laty molestowało się dzieci i rozpowszechniano treści pornograficzne, niby nie powinno to dziwić, ale i tak boli. Nie sposób przeczytać książki Janickiego bez emocji i tego wewnętrznego bólu. Przynajmniej ja nie potrafiłam, a już przy rozdziałach poświęconych wykorzystywaniu dzieci i zwierząt, musiałam robić przerwy w czytaniu, bo nie dawałam rady. Książka Kamila Janickiego jest mocna i bezkompromisowa. Odsłania to, co przez lata próbowano ukryć. Takie pozycje są potrzebne, bo choć w niewielkim stopniu oddają sprawiedliwość tym, których krzywdzono i tym, którym sprawiedliwości przed laty odmówiono. 

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu.  









poniedziałek, 4 czerwca 2018

269. Mikołaj Marcela BEST SELER I ZAGADKA ZNIKAJĄCYCH WARZYW


Od dziecka lubiłam historie z zagadkami kryminalnymi dla młodszego czytelnika. Nie bez powodu moim ulubionym bohaterem u Lindgren był detektyw Kalle Blomkvist, a Chmielewskiej przeczytałam wyłącznie (i biję się w piersi) cykl o Janeczce i Pawełku. Może i z tego powodu usiłuję zarazić Milenkę podobnymi opowieściami. Dla niej Best Seler okazał się ciut za trudny, ale i tak bohaterowie Mikołaja Marceli zdobyli jej sympatię.

Na kartach książki przenosimy się do urokliwego miasteczka – Jarzynowa. Jak sama nazwa wskazuje, mieszkają w nim same warzywa. Kogóż my tu nie mamy! Jest Augusta Kapusta, jej rezolutne córeczki Brukselki: Rachelka, Kornelka, Anielka i Melka. Jest tytułowy Best Seler – dumnie noszący gwiazdę szeryfa i strzegący bezpieczeństwa mieszkańców miasteczka i są jego współpracownicy: Czarka Pieczarka, Natalia Pietrucha oraz Wiktor Por. A także cała masa innych ciekawych postaci, które spokojnie żyją sobie w Jarzynowie, pochłaniając smaczne sole mineralne i unikając Wielkiego Lasu, gdzie podobno straszy wampij… nad sielskim życiem mieszkańców miasteczka unosi się tylko jeden cień: przed laty zniknęła i nigdy nie została odnaleziona Malina Pomidor. Gdy niespodziewanie znika jedna z sióstr Brukselek, na mieszkańców pada strach. Zagadkę usiłuje rozwiązać ambitny szeryf, a młode Brukselki rozpoczynają śledztwo na własną rękę.

Best Seler i zagadka znikających warzyw to niezwykle ciepła i sympatyczna opowieść dla młodszego czytelnika. Niech was jednak nie zwiodą moje słowa, bo to najprawdziwsza historia kryminalna, która trzyma w napięciu do ostatniej strony i nie raz przyprawia o mocniejsze uderzenie serca. Aż sama byłam zdziwiona, że aż tak mnie pochłonęła i sprawiła, że nie mogłam doczekać się finału i rozwiązania zagadki znikających warzyw. Ubawiłam się przy niej setnie, ponieważ historia stworzona przez Mikołaja Marcelę jest nie tylko dynamiczna i emocjonująca, ale również przesycona fajnym humorem. Momentami perypetie mieszkańców Jarzynowa przeradzały się w ognistą, pełną temperamentu telenowelę, co jeszcze dodawało tej historii uroku. Bo czy nie fajnie poczytać o romansie Frytki Ziemniak czy Ewki Marchewki? Przecież warzywa też ludzie, chcą kochać i być kochane! A że nie brakuje w ich życiu dramatów i uniesień? Przynajmniej nie narzekają na nudę.

I czytelnik też na nią narzekać nie może, bo kolejnym atutem vege kryminału Marceli jest mnogość zwrotów akcji. W tej historii nie ma miejsca na stagnację, cały czas coś się dzieje, ktoś wpada w tarapaty albo trafia na nowy trop, ktoś znika lub wprost przeciwnie: pojawia się nie wiadomo skąd. Tak jak wspomniałam, dla Milenki książka okazała się nieco za trudna, ale ona w sumie jest młodsza niż grupa docelowa tej opowieści. Za to od pierwszego spotkania pokochała zabawne przydomki warzyw, które skojarzyły się jej z Gangiem Świeżaków. Do dzisiaj przy zabawie przypomina sobie bohaterów książki Mikołaja Marceli i zmienia imiona naszym domowym świeżakom. Jej uznaniem cieszyła się też oprawa książki. Co prawda nie ma tu kolorowych i specjalnie licznych obrazków, ale kiedy pokazałam jej, jak fajnie rusza się przy kartkowaniu malutki Best Seler – po prostu oniemiała z zachwytu!

Mam przeczucie, że to tej książki wrócimy za rok, może za dwa lata, gdy Milenka do niej trochę dojrzeje. Mam też nadzieję, że Mikołaj Marcela nie poprzestanie na tej jednej książce dla dzieci i dalej będzie tworzył tak pozytywne i zakręcone, a przy tym ciekawe historie kryminalne. Bo tego na naszym rynku wydawniczym jest naprawdę mało, a dzieci naprawdę lubią. No dobra, ja lubię :D
Polecam!


wtorek, 29 maja 2018

268. Dolores Redondo DAM CI TO WSZYSTKO

Dolores Redondo podbiła moje czytelnicze serce trylogią Baztan i zajęła w nim stałe miejsce. Od dawna obserwowałam facebookowy profil autorki i niecierpliwie wypatrywałam zapowiedzi polskiego przekładu powieści „Todo este te dare”. I doczekałam się nareszcie – powieść ukazała się w maju tego roku nakładem Wydawnictwa Kobiecego.

Przyznaję, że trudne było dla mnie do przełknięcia to, że autorka odeszła od Baztan, a także konwencji i klimatu tamtych powieści. Dam ci to wszystko jest zupełnie inna, ale na szczęście dowiedziałam się o tym jeszcze przed rozpoczęciem lektury i kiedy w końcu zabrałam się za czytanie, nie było mowy o rozczarowaniu.

Bohaterem powieści jest powieściopisarz, Manuel, który dowiaduje się, że w wypadku samochodowym w Galicji zginął jego mąż. Manuel czuje się zdezorientowany, przecież Alvaro nie miał żadnych powodów, by przebywać w Galicji, w tym czasie miał znajdować się w zupełnie innym miejscu. Wkrótce Manuel odkrywa, że to nie jedyna tajemnica, jaką miał przed nim nieżyjący małżonek. Kiedy przybywa do Galicji dowiaduje się, że Alvaro należał do arystokratycznego rodu Muniz de Davilów, a na domiar wszystkiego cały majątek przekazał w spadku jemu, Manuelowi. Pisarz zamierza zrezygnować ze spadku i jak najszybciej wyjechać, jednak powstrzymuje go emerytowany policjant Nogueira, który jest zdania, że Alvaro nie zginął w zwyczajnym wypadku…

Kryminał ten został uhonorowany prestiżową hiszpańską nagrodą literacką Premio Planet. Kryminał? Hm, nie do końca, a przynajmniej nie tylko. W moim odczuciu Dam ci to wszystko nie jest klasycznym kryminałem. Choć osią tej powieści jest tajemnicza śmierć Alvara i związane z nią amatorskie śledztwo Manuela i Nogueiry, autorka porusza na jej stronach wiele ważnych tematów. Nie chcę wymieniać jakich, aby nie psuć wam efektu zaskoczenia i przyjemności z lektury. Cóż mogę napisać – Dolores mnie nie zawiodła. Chociaż nowa powieść znacznie odbiega od trylogii Baztan, za którą pokochałam twórczość Redondo, tylko utwierdziła mnie w przekonaniu o wielkim talencie autorki. Tamta seria była jakby oderwana od ziemi, przesiąknięta mistycyzmem. Tutaj tego nie ma: to realna, współczesna historia, która mogłaby się wydarzyć gdzieś obok nas. Problemy przedstawione na jej stronach są uniwersalne i ponadczasowe, choć pojawiają się w różnych formach i na różną skalę. W miejsce pradawnych wierzeń pojawia się  arystokratyczna rodzina, toksyczne relacje, zadawnione spory, kłamstwa i sekrety, dzięki którym książkę przenika duszna atmosfera. Jeśli lubicie historie naszpikowane rodzinnymi tajemnicami, trzymające w napięciu do końca – polecam!

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu. 

wtorek, 15 maja 2018

267. Anna Płowiec W CIENIU MAGNOLII


Ta książka od razu zafascynowała mnie tytułem. Wiosennym, pachnącym i kobiecym. I choć nieczęsto sięgam ostatnimi czasy po powieści obyczajowe, tę zapragnęłam przeczytać. Skusiła mnie obietnica klimatycznego Krakowa lat dziewięćdziesiątych, czyli i mojej nastoletniej młodości, Krakowa tak przeze mnie uwielbianego, tajemniczego i intrygującego. A losy Alicji okazały się nie mniej zajmujące.

Ale od początku. Jedno upalne popołudnie, dzwonek do drzwi, a w progu on. Niewidziany od ponad dwudziestu lat, zupełnie inny, a jednak znajomy. Ta wizyta budzi w Alicji wspomnienia burzliwej historii miłosnej, która stała się ich udziałem w czasach studenckich. Kobieta przypomina sobie pewną rozgrywkę pokera, kiedy jej serce rozdarło się na pół i podzieliło między dwóch mężczyzn. Czy po latach odzyska utraconą miłość?

W cieniu magnolii to piękna i wciągająca powieść o miłości, pożądaniu i trudnych wyborach, jakich przychodzi nam dokonać. Główna bohaterka miota się między dwoma mężczyznami: narzeczonym Leszkiem i nowo poznanym Jankiem, który pochodzi z zupełnie innego świata, ale szybko staje się jej bliski. My, czytelnicy, obserwujemy jej zmagania i rozterki i kibicujemy, by Alicja zrozumiała, kogo powinna wybrać. I chociaż znając wstęp książki, jesteśmy w stanie przewiedzieć, jak potoczą się studenckie losy Ali i Janka, historia trzyma w napięciu do końca. Poza tym wciąż możemy mieć nadzieję, że odnajdą się po latach, prawda? Powieść Anny Płowiec to także opowieść o toksycznym związku, który niszczy. Trudno pozostać obojętnym, czytając, jak główna bohaterka jest traktowana przez swojego wybranka. Czy przejrzy na oczy?

Niezwykły klimat Krakowa lat dziewięćdziesiątych, nagrzanych słońcem ulic, studenckich klubów i odrapanych kamienic doprawiony subtelnym zapachem magnolii i miłością. Ta powieść spodoba się wszystkim, którzy cenią romantyczne, ale nieoczywiste historie. Mnie ujęła niezwykłą atmosferą, oraz lekkim i przyjemnym piórem autorki, która wie, jak snuć swą opowieść, by zaintrygować czytelnika. Trudno mi napisać więcej, by nie zdradzić zbyt wiele, więc po prostu polecam!

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu oraz autorce. 


























wtorek, 8 maja 2018

266. Fannie Flagg BABSKA STACJA

Wyobraźcie sobie, że pewnego dnia dowiadujecie się, że nie jesteście tym, za kogo się uważaliście. Że przez lata żyliście w rodzinie, którą uważaliście za własną, byliście do bólu kształtowani przez charyzmatyczną matkę i co więcej godziliście się na to potulnie w ramach rodzinnych zobowiązań. Właśnie to przydarzyło się Sookie, bohaterce „Babskiej stacji”. Kobieta zupełnie nieoczekiwanie dowiedziała się, że została adoptowana, gdy była niemowlęciem. Poznała nazwisko swojej biologicznej matki i zyskała okazję, by poznać jej historię. Czy losy przebojowej Fritzie, która w latach czterdziestych wraz z siostrami prowadziła Babską Stację , staną się dla Sookie impulsem do dokonania zmian w życiu?

Podczas lektury powieści Całe miasto o tym mówi w oczy rzuciła mi się znajoma postać. Fritzie Jurdabralinski – sami przyznajcie, że tak charakterystycznego nazwiska nie sposób zapomnieć! Co prawda w najnowszej powieści Fannie Flagg Fritzie występuje tylko w jednej scenie, ale to wystarczyło, abym zechciała wrócić do powieści, którą czytałam dwa lata wcześniej i lepiej poznać tę bohaterkę. Co ciekawe: kiedy za pierwszym razem czytałam Babską stację, byłam ciut rozczarowana. Myślę, że to częste zjawisko u czytelników, którzy pozostają pod urokiem Smażonych zielonych pomidorów. Za drugim razem spotkanie z książką przeżyłam zupełnie inaczej, byłam zachwycona kapitalnym poczuciem humoru autorki, czułam się, jakbym spotkała kogoś, kogo dobrze znam i lubię. Historia nieco postrzelonej Sookie bawi, ale daje też do myślenia. To opowieść o poszukiwaniu własnej tożsamości i o skomplikowanych relacjach rodzinnych. Przesycona klimatem małych amerykańskich miasteczek na przełomie wielu lat, z lekcją historii dotyczącą WASP – amerykańskiego korpusu kobiet pilotów w czasie II Wojny Światowej, z barwnymi postaciami i rodzinnymi tajemnicami.

Akcja Babskiej Stacji jest prowadzona na różnych płaszczyznach czasowych - bardzo to lubię w książkach Flagg. Autorka potrafi rewelacyjnie oddać klimat minionych czasów. Czyni to za pomocą najdrobniejszych detali, nawiązuje do popularnych marek, utworów muzycznych, przywołuje specjały kulinarne charakterystyczne dla danego regionu, opisuje elementy stroju. Są to niby drobnostki, które nie czynią książki przegadaną, ale pozwalają lepiej wczuć się w fabułę i jej tło. Osobiście z wypiekami pochłaniałam fragmenty poświęcone Fritzie i jej rodzinie. Jak pewnie łatwo się domyślić ze względu na nazwisko, mają oni polskie korzenie :)

Podsumowując: to lekko i mądrze napisana powieść o niezwykłym klimacie. Fannie Flagg zalicza się do autorek, które nie tylko biorę w ciemno, ale do których chętnie powracam. Macie takie?


niedziela, 6 maja 2018

265. Anna Snoekstra LALECZKI

Colmstock. Nieduże senne miasteczko, w którym perspektywy do życia są gorsze niż kiepskie. Brak pracy, rozwinięty handel narkotykami. Zaczyna się od pożaru sądu, w którym zginął powszechnie lubiany nastolatek, ale prawdziwa panika wybucha w chwili, gdy na progu kilku domów pojawiają się porcelanowe lalki do złudzenia przypominające mieszkające w nich dziewczynki. Rodzi się teoria mówiąca o pedofilu, który w ten sposób oznacza przyszłe ofiary. Miasteczko pogrąża się w strachu, a w mieszkańcach budzą się najgorsze instynkty. Młoda, ambitna dziewczyna marząca o karierze dziennikarki zamierza wykorzystać okazję, stworzyć temat życia i wyrwać się do wielkiego miasta. Nie wszystkim podoba się to, co robi.

Powieść Anny Snoekstra obudziła we mnie sprzeczne uczucia. Już intrygujący opis, obiecujący zagadkowy thriller osadzony w klimatycznym miasteczku, wzbudził moje zainteresowanie. Ta historia zapowiadała się naprawdę wspaniale i miałam wobec niej dość wysokie oczekiwania. Z jednej strony książka sprostała moim wymaganiom co do odprężającej lektury. Nie zabrakło tu dynamicznej akcji, która nawet na moment nie pozostaje w zawieszeniu i nie pozwala czytelnikowi się nudzić. Autorka trzyma w napięciu do samego końca, a co więcej: potrafi zaskoczyć zupełnie nieoczekiwanymi twistami. A przynajmniej nieoczekiwanymi dla mnie, więc biorę to zdecydowanie za atut tej powieści.

Niestety, lekturze tej książki niemal cały czas towarzyszyło mi uczucie, że nie wykorzystano potencjału tej historii. Przede wszystkim jest to bardzo prosty thriller, prosta jest tu fabuła, prosty jest także język i styl autorki. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że to nie musi być wadą książki, czyta się lekko i szybko, powiedziałabym nawet, że za lekko. Gdyby rozbudować niektóre z wątków, dać pewnym wydarzeniom drugie dno, zagłębić się trochę w psychikę wybranych bohaterów – wyszłaby z tego mroczna, klimatyczna opowieść, która niejednemu czytelnikowi podniosłaby włoski na karku.

Anna Snoekstra operuje bardzo prostym, lekko przyswajalnym językiem. Owszem, potrafi na swój sposób odmalować klimat małego, pozbawionego perspektyw miasteczka, ale czyni to bardzo oszczędnie. W czasie lektury zwróciłam uwagę na krótkie zdania, jakimi operuje autorka. Przeważają te jednoczłonowe, nierozbudowane, zupełnie jakby autorka czuła awersję do znaków interpunkcyjnych czy spójników. A mam wrażenie, że gdyby te zdania trochę rozwinęła, treść książki mogłaby na tym zyskać, stałaby się głębsza, zdania nabrałyby miękkości. Nie zawsze tak jest. Czasami pojawiają się dłuższe, bardziej rozbudowane treści. I w takiej sytuacji zawsze zastanawiam się, ile w przełożonej książce jest z autora a ile z tłumacza.

Są autorzy, których po jednej książce, po jednym spotkaniu z ich piórem, wyobraźnią i zdolnością budowania historii, wyglądam w zapowiedziach. Ta autorka niestety nie trafi do ich grona. Nie mówię jej stanowczego nie, jednak na chwilę obecną nie przewiduję, byśmy się zaprzyjaźniły. Polecam czy odradzam? Ani jedno ani drugie – wiem, że ta książka znajdzie swojego czytelnika i w pełni to rozumiem. Jest dość wciągająca, intrygująca, zagadkowa, ale zupełnie "nie moja". Macie ochotę się przekonać?

piątek, 4 maja 2018

264. Magdalena Majcher WSZYSTKIE PORY UCZUĆ.WIOSNA

Kiedy myślimy o adopcji, przed oczyma mamy radosny happy end, który pokrzywdzonym przez los dzieciakom zapewnia wymarzony dom. Daje rodzinę, miłość rodzicielską, troskliwą opiekę, o jaką trudno w placówkach, gdzie przebywa równocześnie zbyt wiele dzieci, by wychowawcy byli w stanie każdemu poświecić tyle uwagi, ile potrzeba. Mało kiedy myślimy o trudnościach, z jakimi muszą zmagać się rodzice adopcyjni i ich dzieci.

Magdalena Majcher po raz kolejny bierze na tapetę niełatwy i ważny temat. Jej bohaterowie przeżywają swój osobisty dramat: nie mogą mieć dzieci. Dojrzewają jednak do myśli o adopcji i decydują się przysposobić dziecko. W ich życiu pojawia się dziewięcioletni Piotruś. Ma być ich wymarzonym synkiem. Ale droga, którą przyjdzie im pokonać nie będzie usłana różami. Chłopiec cierpi na FAS – alkoholowy zespół płodowy, zmaga się z licznymi deficytami rozwojowymi i trudnymi zachowaniami. Czy mimo obaw Ewelina, Adrian i mały Piotruś stworzą szczęśliwą rodzinę?

Po spokojnej jesieni i trzymającej w napięciu zimie przychodzi emocjonująca wiosna. I jak na wiosnę przystało niesie nadzieję nowego życia, nowych porządków i uczuć. W tym wypadku uczuć szczególnych, rodzicielskich, ale niełatwych. Rodzice czekający na swoje dziecko dziewięć miesięcy, mają czas, by oswoić się z  emocjami. Towarzyszą swojemu maleństwu od pierwszych dni, obserwują, jak kształtuje się jego charakter, rozwijają zdolności i ujawniają deficyty. Ewelina i Adrian wprowadzają pod swój dach w pewnym stopniu ukształtowanego człowieka. Są świadomi trudności, z jakimi przyjdzie im się zmierzyć. W teorii. A jak wiadomo od teorii do praktyki daleka droga. Droga wyboista, podlana łzami po obu stronach, najeżona wrzaskiem, strachem i wątpliwościami.

Kolejna ważna rzecz, którą Majcher porusza w swojej powieści to FAS – alkoholowy zespół płodowy. O tym wciąż mówi się bardzo mało, a przecież co roku rodzą się tysiące maluszków z uszkodzeniami poalkoholowymi. Wciąż można spotkać się z opiniami, że lampka wina czy małe piwo w ciąży nie zaszkodzi. Tymczasem nawet malutka ilość alkoholu spożyta przez przyszła matkę wywiera ogromny wpływ na stan płodu i grozi nieodwracalnymi konsekwencjami.

Podsumowując: Wszystkie pory uczuć Wiosna autorstwa Magdaleny Majcher to emocjonująca obyczajówka mocno nakreślające ważny problem społeczny. Przystępny styl, lekkość pióra autorki i umiejętnie wplecione wątki retrospekcyjne uprzyjemniają lekturę. Lada dzień premiera czwartej odsłony cyklu, z nowymi bohaterami i kolejną ważną historią. Znając upodobanie autorki do uciekania od schematów, możemy być pewni, że po raz kolejny nas ona zaskoczy.

środa, 25 kwietnia 2018

263. Hanna Cygler NOWE NIEBO

- Ale, Helciu, to nie niebo tutaj nie jest nasze.
- Jak to nie? Zobacz, głuptasku. Tu jest Wielki Wóz, tam Mały. A Wielka Niedźwiedzica…?
- Tutaj! - triumfalnie wykrzyknęła Felicja.

Nowe niebo to moje trzecie spotkanie z twórczością Hanny Cygler i śmiało mogę stwierdzić, że zdecydowanie najbardziej udane. Historia rodziny Halmanów wciągnęła mnie od pierwszych stron i z wielkim zaangażowaniem śledziłam losy wszystkich jej członków: Felicji, Matyldy, Heleny, Augusta i Józula, a także bohaterów, z którymi krzyżowały się ich drogi. Nigdy wcześniej nie czytałam powieści opowiadającej o emigracji Polaków za Wielką Wodę, a tutaj nie dość, że mogłam obserwować całą rodzinę, której różnie się wiodło, to jeszcze akcja była osadzona w bardzo ciekawym przedziale czasowym, na przełomie XIX i XX wieku.

Niełatwe jest życie na emigracji. Wszystko jest nowe i obce, nawet niebo wydaje się jakieś inne, choć niby pojawiają się na nim takie same chmury i gwiazdy. Życie nie w każdym przypadku układa się tak, jak życzą sobie ludzie, a nowy kraj nie zawsze mlekiem i miodem płynie. Hanna Cygler stworzyła powieść, które idealnie oddaje związane z tym niepokoje i trudności, a równocześnie pokazuje, jak ważne jest wsparcie najbliższych. Nowe niebo to powieść niezwykle realistyczna, czym szybko wzbudziła moje zainteresowanie. Autorka przywołała na jej stronach dzieje emigrujących za chlebem Kaszubów, którzy na przełomie XIX i XX wieku licznie zasiedlili miasteczko Winona w Minessocie. W opowieści spotkamy postaci i wydarzenia znane z kart historii, co jeszcze bardziej dodaje jej klimatu i skłania do zgłębienia wątku emigrujących Polaków. Ale poza trudami życia z dala od ojczyzny i budowania nowej codzienności sporo miejsca poświęca Hanna Cygler stosunkom rodzinnym i poszukiwaniu własnej tożsamości. Czasy te nie są łatwe, szczególnie dla kobiet, które nadal walczą o prawo do decydowania o sobie, edukacji, podejmowania kariery zawodowej czy o prawo głosu.

Nowe niebo niejednokrotnie wzbudziło we mnie silne emocje. Nie brakuje tu wątków, które wzbudzają w czytelniku sprzeciw i są przykrym przypomnieniem, jak wyglądała (i nadal wygląda) rzeczywistość w wielu rodzinach, z jakimi dramatami zmagają się ludzie pozbawieni pracy i środków do życia albo jak biały człowiek potrafił skrzywdzić rdzennych mieszkańców ziem, które sobie przywłaszczył. Powieść Hanny Cygler pozornie opowiada historię jednej rodziny, ale tak naprawdę jest wielowarstwowa i możemy z niej wynieść dużo więcej niż tylko opowieść o niełatwych losach emigrantów z Kaszub. 

Winona współcześnie - źródło Wikipedia
 


wtorek, 24 kwietnia 2018

262. Milenkowe Czytanie Bing. Nowa kolekcja bajek

Bing. Nowa kolekcja bajek to barwna propozycja dla najmłodszych od wydawnictwa Egmont. Książeczka wydaje mi się odpowiednia dla dzieci w wieku od dwóch do czterech lat, ale Milenka zakochała się w niej od pierwszego wejrzenia. Być może dlatego, że to jej pierwsze książkowe spotkanie z sympatycznym króliczkiem Bingiem, a może po prostu dała się porwać kolorowemu wydaniu? Bo jest ono naprawdę piękne, trzeba to przyznać :)

W książeczce znajdują się cztery opowiadania, a w każdym z nich Bing przeżywa ciekawe przygody. Są one dla małego króliczka, a tym samym również dla młodego czytelnika, źródłem doświadczeń i wiedzy o otaczającym świecie. I tak: dzieci dowiadują się, że podczas karmienia kaczek trzeba zachować ciszę, aby ich nie wystraszyć, przejrzałego banana wcale nie trzeba wyrzucić, bo przyrządzi się z niego pyszny koktajl, a chory przyjaciel potrzebuje troskliwej opieki. Każda historyjka jest bardzo ciepła i przyjazna. Trochę szkoda, że tych opowiadań jest tylko cztery, ale w przypadku młodszych dzieci pewnie taka ilość okaże się wystarczająca.

Duże, kolorowe ilustracje przeważają w tej książeczce nad treścią. Jest ona naprawdę oszczędna, przez co spodoba się najmłodszym. Ale kiedy już występuje, czcionka jest naprawdę wielka i wyraźna. Bardzo dobra przy pierwszym kontakcie z literami i przy wprawianiu się w czytaniu. Ciepła, optymistyczna bajka spodoba się nie tylko dzieciakom, ale i ich rodzicom. Milenka poleca – obecnie nie ma u nas dnia bez Binga i Suli :)





środa, 4 kwietnia 2018

261. Milenkowe Czytanie BAJKI PIĘĆ MINUT PRZED SNEM: MASZA I NIEDŹWIEDŹ

Myśleliście, że Masza nie może być bardziej nieznośna? Byliście w błędzie! Minęło trochę czasu, odkąd w nasze ręce trafiła ostatnia książeczka o niesfornej dziewczynce. Masza ponownie zawitała do naszej biblioteczki i cóż mogę powiedzieć? Jest jeszcze bardziej niegrzeczna i pomysłowa niż przedtem. Zupełnie jakby z czasem rozwijała swoje specyficzne umiejętności!

Bajki 5 minut przed snem to zbiór zupełnie nowych opowieści o Maszy i niedźwiedziu. W książeczce znajduje się siedem opowiadań i to, co zwróciło moją uwagę to fakt, że są one dłuższe i treściwsze niż historyjki, które miałyśmy do tej pory. W naszym przypadku – idealnie, bo Milenka nie ma problemu z wysłuchaniem dłuższych opowieści i nie traci przy nich cierpliwości, jak to nieraz bywało. :)

W opowiadaniach spotykamy nie tylko Maszę i niedźwiedzia, ale także inne postaci znane z wcześniejszych książek: pandę, niedźwiedzicę, świnkę, psa, królika i inne. Oczywiście przeżywają oni wiele przygód: zabawnych, emocjonujących, a nawet z dreszczykiem grozy. Jest nawet jedno opowiadanie, które uświadamia, jak groźne jest uzależnienie od gier komputerowych.

Na każdej stronie znajdują się duże ilustracje uzupełnione obszernymi akapitami tekstu. Na temat ilustracji wypowiadać się oczywiście nie trzeba, bo każdy dobrze zna tę filmową opowieść i wie, jak jest ona barwna i optymistyczna, także pod kątem grafiki. Czcionka jest duża i wyraźna, a treść płynna i lekka. Milenkę bardzo ucieszyło kolejne spotkanie z Maszą, więc polecamy, szczególnie fanom małej łobuziary!




piątek, 30 marca 2018

260. Małgorzata J. Kursa TAJEMNICA SOSNOWEGO DWORKU

Stary dworek, tajemnica z przeszłości i paczka niezawodnych przyjaciół. Przygodę z twórczością Małgorzaty Kursy zaczynam od Tajemnicy sosnowego dworku. Trochę nie po kolei, bo nie doczytałam, że na kartach tej powieści pojawiają się bohaterowie znani z wcześniejszych książek autorki, ale nie szkodzi. Domyślam się, że jest to bardzo luźna kontynuacja, a nie seria, i poszczególne książki można czytać bez znajomości pozostałych.

W Tajemnicy sosnowego dworku poznajemy sympatyczną Kasię, która podejmuje pracę w fundacji. Nową siedzibą fundacji ma być właśnie tytułowy sosnowy dworek, a pierwszym zadaniem Kasi jest nadzór nad prowadzonymi w budynku pracami remontowymi. Szybko okazuje się, że nie będzie to zwyczajna praca. Kasia poznaje niezwykłe lokatorki starego dworku i trafia na ślad zagadki z przeszłości. Musi zmierzyć się nie tylko z nowymi obowiązkami, ale także z własnym, dość skomplikowanym, życiem miłosnym.

Tajemnica sosnowego dworku to lekka i zabawna powieść z historią w tle. Dużym jej atutem jest zagadka z przeszłości, której rozwiązanie zajmuje Kasię i jej przyjaciół. Klimatem przypomina mi nieco powieści detektywistyczne, które czytałam jako nastolatka. Ciekawym zabiegiem jest wprowadzenie postaci dwóch dam nie z tego świata. I choć początkowo ten paranormalny akcent budził moje wątpliwości, przekonałam się, że nadaje historii kolorytu i to właśnie on w głównej mierze odpowiada za zabawną stronę Tajemnicy sosnowego dworku. Rozmowy panien Zuzanny i Marianny nie raz przyprawiły mnie o wybuch śmiechu.

Przyznaję, że początkowo miałam problem, by odnaleźć się wśród licznych bohaterów, bo nie czytałam wcześniejszych powieści pani Małgorzaty. A jest tych postaci naprawdę sporo, ponieważ obok tajemnicy z przeszłości to właśnie przyjaźń między grupką ludzi wydaje się być jednym z ważniejszych wątków powieści. Bohaterowie Tajemnicy Sosnowego dworku są tacy, jak lubię. Z krwi i kości, charakterystyczni ale nie przerysowani, a styl powieści jest lekki i przystępny. Myślę, że to świetna propozycja relaksującej lektury, przy której można odpocząć i dobrze się bawić. 

czwartek, 22 marca 2018

259. Milenkowe czytanie: Renata Kijowska KUBA NIEDŹWIEDŹ. HISTORIE Z GAWRY

Nie tak łatwo zadowolić małego czytelnika. Milenka jak na razie chętnie słucha i bajek i wierszy, nie pogardzi księżniczką i chętnie spotyka przyjaciół poznanych na szklanym ekranie. Ale coraz częściej w książkach szuka czegoś więcej. Lubi wynosić z nich jakąś wiedzę, robi się coraz bardziej ciekawa świata i otoczenia. Co zrobić, jeśli maluch nie chce słuchać/czytać kolejnej opowieści o rycerzach, wróżkach, kucykach? Podsunąć mu książkę opartą na prawdziwych historiach jak Kuba Niedźwiedź Historie z gawry.

Ten tytuł zaintrygował mnie od razu i muszę przyznać, że miałam co do niego nosa. Nie jest to zwykła bajka, w której zwierzęta przeżywają kolejne mocno ubarwione przygody. Historia Kuby, jego rodziny i przyjaciół powstała w oparciu o opowieści niedźwiedziologów, naukowców, pracowników zoo i ludzi związanych z górami i parkami narodowymi. To oni podzielili się z autorką doświadczeniami z tymi niezwykłymi zwierzętami oraz swoją rozległą wiedzą. Dzięki temu my otrzymaliśmy prawdziwą – choć w bajkowej wersji, oczywiście – historię i mogliśmy poznać blaski i cienie niedźwiedziego życia. Tak, autorka nie pokryła przygód Kuby sztucznym lukrem, przedstawiła nam realne zagrożenia, z jakimi zmagają się te piękne zwierzęta. Pokazała, jak niebezpieczne jest dla nich lekkomyślne zachowanie ludzi odwiedzających Parki Narodowe będące w rzeczywistości domem tych dzikich zwierząt. Momentami jest bardzo zabawnie i sielsko, ale nie brakuje też dramatyzmu i wzruszeń. Przyznaję, że dwa razy musiałam odłożyć książkę, bo tak się spłakałam, że nie byłam w stanie kontynuować na głos lektury.

Książka Renaty Kijowskiej to nie tylko emocjonująca opowieść dla czytelnika w każdym wieku. Rozdziały poświęcone przygodom rezolutnego niedźwiadka Kuby i jego przyjaciół są poprzetykane tekstami opowiadającymi o życiu niedźwiedzi i innych mieszkańców lasu. W bardzo przystępnej formie autorka tłumaczy różne zjawiska, często związane z treścią wcześniejszego rozdziału, nawiązuje do zachowań zwierzaków, wspomina o pierwowzorach swoich bohaterów. Przyznaję, że czytałam tę część książki z zapartym tchem i dowiedziałam się wielu ciekawostek na temat życia niedźwiedzi. Na uznanie zasługuje także piękne wydanie książki. Ilustracje Anny Łazowskiej są barwne i przyciągające wzrok, świetnie oddają klimat książki, ale równocześnie nie dominują treści. To bardzo mądra i wartościowa książka, która pomoże nam rozwijać w najmłodszych miłość do dzikich zwierząt i poszanowanie dla ich praw. Bardzo gorąco polecamy. 

 



wtorek, 20 marca 2018

258. Katarzyna Zyskowska HISTORIA ZŁYCH UCZYNKÓW



      Na skrzydełku okładki napisano, że powieści Katarzyny Zyskowskiej nie otulają niczym ciepły kocyk i nie rozgrzewają jak goździkowa herbata. Nie wiem, ile w tym prawdy i jakie są pozostałe powieści pani Katarzyny, ale ta historia rzeczywiście do otulania się nie nadaje. I bardzo dobrze, bo tych otulających, ciepłych, przytulnych – mamy bardzo wiele, a takich mocnych, niepokojących, a równocześnie dobrze napisanych zdecydowanie mniej.

Fabuła powieści pani Zyskowskiej skojarzyła mi się z rozchełstanym kłębkiem sznurka. Kłębkiem splątanym do imentu, w którym poszczególne nitki pełzają na wszystkie strony, zaciskając się w dziesiątki większych i mniejszych supełków, pozornie nie do odplątania. Jednak wystarczy w tym chaosie odnaleźć jedną postrzępioną końcówkę i cierpliwie przeciągać ją przez niezliczone tunele, pętelki i węzły, bo dojść jądra kłębka. Kłębka lub przesyconej tajemnicą historii, której początek tkwi w jakimś „dawno dawno temu”, tuż przed wybuchem wojny, a może jeszcze wcześniej?

Początkowo sądziłam, że Katarzyna Zyskowska stworzyła powieść o toksycznej miłości, chorym związku, w którym jedna strona jest silnie podporządkowana drugiej, w którym dochodzi do przemocy fizycznej i psychicznej. Ale nie. To co najważniejsze w tej historii, kryje się jeszcze głębiej. W przeszłości. W złych uczynkach, których jedynymi świadkami były ściany starego domu, pnie strzelistych sosen, zakurzone pokoje i omszałe głazy. Uczynkach, które nigdy nie zostały ukarane. Tytułowych bohaterach powieści.

Katarzyna Zyskowska płynnie wiedzie nas przez koleje losu swoich bohaterów. Tych ludzkich. Tych z przeszłości i tych nieco bliższych nam w czasie. Stosując zabieg retrospekcji, odsłania kulisy, wydarzeń – często dramatycznych – sprzed lat. Nie zważa na tabu i konwenanse. Potrafi zmienić język swojej powieści, szyk zdań, brzmienie dialogów, by oddać atmosferę konkretnej epoki. Przywołuje miejsca i ludzi znanych z kart podręczników historii. Tak po prostu przyznaję – czytałam tę powieść z fascynacją. Z wypiekami. Nie mogłam się oderwać, bo już, teraz! chciałam poznać mroczne sekrety bohaterów Zyskowskiej. Teraz otwieram na pierwszej lepszej stronie i podczytuję. Sprawdzam koleje zdarzeń, kręcę głową nad tym, jaki świat jest malutki. Trawię książkę. I prawdą jest, że ta powieść nie pozostawia czytelnika obojętnym. Że wchodzi pod skórę i uwiera. Jak drzazga.

piątek, 9 marca 2018

257. Sue Fortin SIOSTRZYCZKA

Na życiu Clare cieniem kładą się wydarzenia z przeszłości. Dwadzieścia lat wcześniej jej ojciec opuścił rodzinny dom, zabierając ze sobą młodszą córkę i wyjechał z kraju. Matka Clare nigdy nie poradziła sobie z tą sytuacją, a wieloletnie poszukiwania nic nie dały, zupełnie jakby mężczyzna i dziewczynka zapadli się pod ziemię. Jednak niespodziewanie Alice przysyła list, nawiązuje kontakt z utraconą rodziną i przyjeżdża, by spędzić trochę czasu z matką, siostrą i jej bliskimi. Początkową radość u Clare szybko wypiera niepokój. Kobietę dopadają wątpliwości, przekonuje się jednak, że nikt ich nie podziela, a matka i mąż zarzucają jej zazdrość. Czy Alice naprawdę jest siostrą Clare czy wyłącznie sprytną manipulatorką, która chce ukraść jej życie?

Nieczęsto zdarza mi się natrafić na książki, które „już teraz” muszę doczytać do końca, ponieważ tak bardzo jestem ciekawa zakończenia, że nie jestem w stanie ich odłożyć. Powieść Sue Fortin właśnie tak na mnie zadziała. Już pierwsze strony uświadamiają czytelnikowi, że coś się wydarzy, coś złego, niebezpiecznego, ale co? Tego do końca nie wiemy, lecz autorka szybko przenosi nas w przeszłość i zaczyna tę zagadkę rozplątywać. Początkowo dość niemrawo, był nawet moment, kiedy zaczęłam się wahać, czy ta lektura była trafionym wyborem, z czasem jednak akcja wyraźnie przyspiesza i trzyma w napięciu do niemal samego końca.

Motywy, na których autorka oparła swoją powieść, nie są czymś nowym czy odkrywczym. Były już stosowane i w książkach i w filmach, ale mimo to Sue Fortin udało się stworzyć ciekawy thriller psychologiczny. Być może jest on dość prosty, a w niektórych momentach nawet przewidywalny, ale czyta się naprawdę dobrze. Bez wątpienia jest to zasługą prostego stylu, pierwszoosobowej narracji i niezwykle dynamicznej akcji, która właściwie nie zostawia miejsca na dłuższe opisy czy przemyślenia. Może to być brane w równym stopniu za atuty książki jak i za jej minusy, w zależności od naszych preferencji. Jeśli oczekujecie klimatycznej opowieści, to nie ta książka. Jeśli szukacie niepokojącej historii, w której akcja pędzi do przodu i trzyma w napięciu do końca, będziecie zadowoleni. Osobiście uważam, że Siostrzyczka jest o wiele ciekawsza i lepiej napisana niż topowa Dziewczyna z pociągu, ale to naturalnie moje subiektywne zdanie, oparte na wrażeniach z lektury i emocjom, jakie jej towarzyszyły. 

 

poniedziałek, 5 marca 2018

W kilku słowach o... Sekielskim, Grahamie i Lindgren

 
Lubię książki Winstona Grahama. Już powieści „Ross Poldark” i „Demelza” ujęły mnie rewelacyjnie oddanym klimatem XVIII – wiecznej Kornwalii. Kiedy dowiedziałam się, że ukazywać się będzie kolekcja tych książek, stwierdziłam, że nie może zabraknąć ich w mojej biblioteczce. „Jeremy Poldark” to trzecia odsłona tej emocjonującej sagi, osadzona w latach 1790-1792. Historia skupia się wokół małżeństwa Poldarków, nad którym zbierają się czarne chmury. Ross staje przed sądem, Demelza szuka dla niego ratunku. Wzajemnie niezrozumienie prowadzi do utarczek i przykrości. Autor trafnie ukazał oblicze małżeństwa, które nie potrafi poradzić sobie ze śmiercią dziecka i kłopotami finansowymi. Pokazuje to, co niby jest wiadome, a często również zapominane: szczera rozmowa potrafi rozwiązać wiele problemów, a wielu przypadkach nawet im zaradzić. 


 
Polityka, zamachy terrorystyczne, seks, handel żywym towarem, kościół, pedofilia i eksperymenty medyczne, od których włos jeży się na głowie. Czy wam też wydaje się to mieszanką wybuchową?Gdybym przy wyborze lektury przeczytała opis książki zawierającej te wszystkie czynniki, z pewnością zawahałabym się, nie wierząc, że coś tak zróżnicowane i pozornie chaotyczne może być dobre. A jednak. Powieści Tomasza Sekielskiego są tak sprawnie napisane i przyswajalne w formie, że czyta się je z prawdziwym zaangażowaniem i wielką ciekawością, co będzie dalej. Zapach suszy zostawiłam sobie na półce z lekturami podręcznymi, z kolei Smak suszy wykorzystałam jako budulec mojej książkowej choinki. I chyba po raz pierwszy w życiu byłam zmuszona wcześniej rozebrać drzewko – co prawda niekonwencjonalne ale jednak :D. Te dwie powieści Tomasza Sekielskiego z pewnością nie są lekturą dla wrażliwego czytelnika. Nie brak tu brutalnych, krwawych scen i wątków, które wzbudzają wewnętrzny sprzeciw. Niepokojąca, emocjonująca i pozostawiająca czytelnika z niedosytem i pytaniem: co dalej? Bo przecież w perspektywie tom trzeci i nie mogę się go doczekać



Trzecia propozycja jest właściwie odkryciem Milenki. „Dzieci z Bullerbyn” przeczytane, zdecydowałyśmy się więc sięgnąć po kolejną pozycję Astrid Lindgren. „Dzieci z ulicy Awanturników” to zbiorowe wydanie dwóch książek Lidgren. Obydwie części w jednej chwili podbiły serce mojego dziecka, a i mnie przypadły do gustu te małe łobuziaki,  z bystrą i niesforną Lottą na czele! Doceniamy nie tylko miłą, pełną akcentów humorystycznych treść, ale także piękne ilustracje. Ale tych się spodziewałam, bo mamy już w biblioteczce inne książeczki z ilustracjami Ilon Wikland i Mila je uwielbia. „Dzieci z ulicy Awanturników” to pięknie i starannie wydana książka. A duża czcionka zachęca do lektury – nawet sześciolatkę!Podejrzewam, że Lotta będzie jedną z najbardziej zaczytanych książek na naszych półkach!

czwartek, 1 marca 2018

256. Filip Springer MIASTO ARCHIPELAG.Polska mniejszych miast

Springer to w moim odczuciu jeden z lepszych polskich reporterów. Mało kto potrafi tak snuć opowieści o ludziach, miejscach i przedmiotach, skupiając się na pozornie nic nie znaczących detalach. Pokochałam go za Miedziankę, cenię za niesamowity zmysł obserwacji i wyłapywania dziwnych zdarzeń, które tkają tę naszą polską rzeczywistość. I za ironię, z którą opisuje to, co widzi. „Miasto archipelag” już na etapie zapowiedzi wylądowało na mojej liście książek do przeczytania. Nie mogło być inaczej po wspaniałej przygodzie z „Miedzianką” i po „Wannie z kolumnadą”, która w tak udany sposób obrazuje nasze otoczenie. Niestety, tym razem czegoś mi u Springera zabrakło. Ale od początku.

Od Białej Podlaskiej poprzez Kalisz, Leszno, Radom i Sieradz do Zamościa. Trzydzieści jeden polskich miast, które do 1999 roku pełniły rolę stolic swoich województw, a następnie zostały jej pozbawione. Pozbawione i w większości przypadków pozostawione samym sobie, z rosnącym bezrobociem, pogłębiającą się beznadzieją, niżem demograficznym, rozlatującymi się budynkami użyteczności publicznej, umierającą kulturą. Filip Springer wyruszył w podróż po kraju, przemierzył go wzdłuż i wszerz, odwiedzając dawne miasta wojewódzkie, rozmawiając z mieszkańcami, politykami i artystami. Z tych spotkań i opowieści wynurzył się obraz Polski współczesnej, jej problemów, nadziei, rozczarowań i sukcesów. Nie wszędzie jest źle, nie wszędzie jest dobrze, gdzieniegdzie jest dziwnie.

Z pewnością jest to pozycja interesująca, z której czytelnik dowiaduje się wielu ciekawostek na temat byłych miast wojewódzkich i mniej więcej zyskuje pogląd na to, jak jak wygląda w nich życie obecnie. W moim przypadku jednak czegoś zabrakło. Za mało było zwyczajnych ludzkich historii, niektóre miasta były zaledwie muśnięte lub spojrzano na nie tylko pod kątem sztuki i polityki. A mnie najbardziej interesowałyby relacje zwykłych najzwyklejszych ludzi, który te zmiany dotknęły. Spotkania i rozmowy z byłymi politykami/urzędnikami z czasem stały się nużące, artyści też mnie nie zainteresowali, bo tak już mam i z utęsknieniem zaczęłam wypatrywać przerywników, czyli rozdziałów zatytułowanych „w drodze”. One kojarzyły mi się ze Springerem, jakiego znam z FB, bystrym obserwatorem, mistrzem ciętej riposty. I takiego Springera będę wypatrywać w kolejnych książkach. wam radzę się przekonać, czy Miasto Archipelag do was przemawia.

czwartek, 22 lutego 2018

255. Fannie Flagg CAŁE MIASTO O TYM MÓWI

Są autorzy, na których książki czeka się z radosnym podekscytowaniem i mocno bijącym sercem. Kiedy nareszcie pojawi się zapowiedź, ze szczęścia podskakuje się pod sufit i odlicza dni do premiery, by w końcu wziąć książkę w dłonie i zanurzyć się w literackim świecie. Dla mnie taką autorką bezsprzecznie jest Fannie Flagg. Zaprzyjaźniłam się z nią przy lekturze „Smażonych zielonych pomidorów” i od tamtej pory moje uwielbienie nie maleje. Owszem, ciężko jest przebić tak świetną książkę i w sumie żadna nie podobała mi się aż tak, jak Pomidory, ale! Każda dała mi mnóstwo radości, uśmiechu, wzruszeń, a przede wszystkim każda z nich była utrzymana w tym samym klimacie, za który ja twórczość Fannie ubóstwiam.

Całe miasto o tym mówi” to opowieść o mieszkańcach małego miasteczka w Missouri. Elmwood Springs jest tak sielskie i miłe, jak wskazuje na to jego nazwa, ma również niezwykle sympatycznych mieszkańców. Poznajemy ich w chwili, gdy założyciel miasta i hodowca krów, Lordor Nordstrom przekazuje osadzie pięknie położoną działkę i zakłada na niej cmentarz pod nazwą Spokojne Łąki. Osada jest malownicza, powietrze czyste, ziemia żyzna, czego może więc brakować w tak wspaniałym miejscu? Okazuje się, że… kobiet! Za namową sąsiadów pragnący zawrzeć związek małżeński Lordor poszukuje żony za pośrednictwem gazety. Na jego ogłoszenie odpowiada Katrina, Szwedka pracująca w charakterze służącej. Po dłuższej korespondencji młoda dama wyrusza do Missouri, aby na miejscu przekonać się, czy z tej mąki będzie chleb. Okazuje się, że nie tylko chleb, ale także dzieci. Rodzina Nordstromów rozrasta się, a wraz z nią rozrasta się także miasteczko, w którym stopniowo pojawiają się kolejne budynki, udogodnienia i atrakcje. Sąsiedzi żyją ze sobą w zgodzie, okazują sobie życzliwość i pomagają. Dzieci rosną i zakładają własne rodziny. Czas płynie, aż w końcu na Spokojne Łąki trafia pierwszy lokator…

I w tym miejscu następuje to, co odróżnia powieść Fannie Flagg od innych małomiasteczkowych opowieści. Okazuje się, że Spokojne Łąki nie są zwykłym cmentarzykiem. Mieszkańcy miasta budzą się tam po śmierci i ze swoich kwater obserwują życie toczące się u stóp wzgórza. Zawzięcie plotkują na temat mieszkańców, dziwią się dokonującym zmianom i czekają na wizyty swoich bliskich. Wraz z mieszkańcami Elmwood Springs oraz niezwykłymi lokatorami Spokojnych Łąk przyglądamy się nie tylko życiu miasteczka, ale także wydarzeniom o znaczeniu światowym: wojnom, lotom kosmicznym, zmianom politycznym i postępowi technologii. Tłem dla nich jest zwykła małomiasteczkowa codzienność, która pachnie dżemem z fig, świeżo skoszoną trawą i lakierem do włosów. Nie znam chyba drugiej autorki, która z tych okruchów codzienności potrafiłaby stworzyć taki wyjątkowy klimat. A u Flagg nie brakuje zwykłych ludzkich historii, które w jednej chwili przywodzą nas o śmiech, w drugiej sprawiają, że ściska się gardło albo płynie łza. A miasteczka z jej powieści to miejsca, w których niejeden z nas chciałby zamieszkać lub po prostu zjawić się przejazdem.

I tak. Wiem, że to obraz jak z bajki, który pewnie niewiele wspólnego ma z rzeczywistością. Zdaję sobie sprawę, że zarówno postaci jak i tło są mocno przejaskrawione, a wątek z reinkarnacją jest nierealny. I zupełnie mi to nie przeszkadza. Przez trzy dni byłam częścią społeczności Elmwood Springs i wraz z mieszkańcami miasteczka przeżywałam radości, smutki i dramaty. Obserwowałam zmiany zachodzące tym miejscu, raz z dumą, innym razem z troską. Spotkałam bohaterkę znaną z innej książki Flagg, to prawie jak spotkanie ze starą przyjaciółką. Utulałam się ciepłem tej opowieści, a pomiędzy mną a bohaterami zawiązała się więź. Przykro mi było ich opuszczać. Ale wiecie co? Jeszcze do nich wrócę, tak jak do Whistle Stop czy na babską stację… wrócę, czekając na kolejną powieść Fannie Flagg. 

Macie ochotę przeczytać fragment? Znajdziecie go pod linkiem :) 

Dziękuję wydawnictwu za możliwość przedpremierowego zapoznania się z powieścią :)


czwartek, 1 lutego 2018

254. Hubert Fryc SZEPTAĆ

Jak często zdarza się Wam wracać myślami do lat dzieciństwa? Kogo wspominacie? Rodziców? Dziadków? Pierwszą miłość? Kumpli z podwórka? Co najmocniej zapisało się w Waszej pamięci? Długie wakacyjne wieczory? Smak podkradanych z drzewa jabłek? Zapach rzeki? Pierwsze kolonie? Lody Bambino?

Bohater powieści Huberta Fryca porządkuje stary dom po dziadkach. Drewniana chałupa na wzgórzu jest już właściwie ruiną, zupełnie jakby po śmierci swoich gospodarzy sama również chciała dokonać żywota. Każdy kąt, każdy przedmiot przywodzi myśl o staruszkach i wspólnie spędzonych chwilach, ale prawdziwą lawinę wspomnień sprowadzają dopiero zaginione przed laty kasety magnetofonowe. Dwadzieścia lat wcześniej chłopiec uwiecznił na nich niezwykłą opowieść starego Franciszka. Opowieść o Domu, o wyjątkowych miejscach i ludziach. Odtwarzając słowa dziadka, Michał powraca myślami do pamiętnego lata, wakacji spędzonych w domu na wsi, gdy poznał swoją przyszłą żonę. Wsłuchując się w opowieść, odkrywa znaczenie rodzinnych więzi i własne, ukryte pragnienia.

Powieść Huberta Fryca jest niezwykle klimatyczna i sentymentalna. Dla mnie w sposób szczególny, nie sięgnęłam po nią bowiem przypadkowo. Rozpoczynając lekturę, wiedziałam, że autor opisuje „moje” okolice i choć miejsce akcji ukrywa pod fikcyjną nazwą, to już same wzmianki o znanych mi miejscach, miejscowościach, punktach orientacyjnych uczyniły tę czytelniczą podróż ciekawszą i bardziej realną. Nie spodziewałam się jednak, że ta niepozorna objętościowo książka ma w sobie tyle głębi i ukrytych przekazów. Najważniejszym jest znaczenie rodzinnych więzi i korzeni. Walka między starym a nowym. Między przywiązaniem do ojcowizny a poszukiwaniem swojego miejsca w życiu i ucieczką. Gorycz, upór, chęć postawienia na swoim, tęsknota, strach przed przemijaniem – te i wiele innych emocji możemy wyczytać między wierszami, poznając Michała i jego rodzinę.

Powieść Huberta Fryca jest nie tylko nostalgiczną, przepełnioną tęsknotami podróżą w przeszłość, ale także ciekawie nakreślonym obrazem polskiej wsi sprzed 20-30 lat. Opisy codziennych obowiązków domowych, wypełnianych przez dziadka – gospodarza i babcię – gospodynię, prac w domu i obejściu, trudów i przyjemności związanych z życiem na wsi, a także obraz społeczeństwa wiejskiego – to wszystko jest niezwykle sugestywne i plastyczne. Przeciwwagą dla tych zwykłych najzwyklejszych okruchów życia są przepełnioną pewnym mistycyzmem opowieści dziadka Franciszka, utkane ze skrawków wspomnień i miejscowych legend. I właśnie te historie snute przez starszego mężczyznę nadają tej powieści magicznej otoczki, sprawiają, że książka staje się nieoczywista i niebanalna. Nie spodziewajcie się zawrotnej, pędzącej akcji. To zupełnie nie taka lektura. Jest leniwa, spokojna i refleksyjna. Ulotna jak przywoływane wspomnienia.