piątek, 26 sierpnia 2016

321. Judy Blume KOLEJE LOSU

Elizabeth w stanie New Jersey, lata pięćdziesiąte dwudziestego wieku. Miri Ammerman ma piętnaście lat i wiedzie spokojne, słodkie życie dorastającej dziewczyny. Spotyka się z przyjaciółkami, ogląda programy telewizyjne w odbiorniku z długimi uszami anteny i marzy o kaszmirowym sweterku. Wkrótce poznaje wyjątkowego chłopaka i zaczyna przeżywać swoją pierwszą miłość. Ten sielski obrazek niespodziewanie zostaje rozbity w drobny mak przez spadający na miasto samolot. To dopiero pierwsza z trzech katastrof lotniczych mających miejsce na terenie miasta w krótkim odstępie czasu... po trzydziestu pięciu latach Miri powróci do Elizabeth, aby wziąć udział w uroczystościach na cześć ofiar dramatycznych wydarzeń.

Na kartach powieści Koleje losu Jude Blume ożywia obraz, do którego zawsze bardzo chętnie wracam w książkach i obrazach filmowych: Ameryki lat pięćdziesiątych. To czasy, kiedy podróż powietrzna nadal była czymś wyjątkowym i ekscytującym. Czymś o czym marzyło się po cichu, zupełnie jak o kaszmirowym sweterku w landrynkowym odcieniu i fryzurze a'la Elizabeth Taylor. W ten słodki, nieco leniwy świat bohaterów Blume niczym niszczący pocisk wdziera się spadająca z nieba maszyna powietrzna. Ten upragniony samolot, który miał wznosić się w niebo i nieść ku słonecznej Florydzie i nie mniej słonecznym marzeniom, spada na miasto, siejąc spustoszenie i pochłaniając ofiary.

Jak się okazuje, nie był to odosobniony przypadek, ponieważ w dość krótkim czasie w Elizabeth rozbijają się dwie kolejne maszyny. Jude Blume nie tworzy przypadkowej historii. Wychowała się w tym mieście, obserwowała katastrofy lotnicze, które miały miejsce na przełomie 1951 i 1952 roku. Kiedy doszło do dramatycznych wydarzeń z udziałem samolotów, była nastolatką, zupełnie, jak stworzona przez nią bohaterka, Miri Ammerman. I chociaż autorka podkreśla, że powieść jest fikcją literacką, liczba zmarłych pasażerów oraz mieszkańców budynków, w które uderzył samolot, nie pozwala zapomnieć, że ta historia wydarzyła się naprawdę. A autorce świetnie udaje się oddać atmosferę ówczesnego miasteczka. Przedstawia ją po części z perspektywy nastoletniej dziewczyny, jaką sama wówczas była, ale równocześnie prezentuje różne ludzkie reakcje na zachodzące wypadki.

Pomimo dramatycznych wydarzeń, jakie na kartach swej powieści przytacza Jude Blume, opowieść jest bardzo lekka, momentami przesiąknięta tą wyjątkową słodyczą deseru bananowego, zapachem pudru i dotykiem psiego futerka. Idylliczny obraz amerykańskiego miasteczka i kontrastujące z nim płomienie buchające z rozbitych maszyn lotniczych. Poruszająca i wywołująca sporo emocji, a przy tym napisana tak lekko, że nieomal płynie się po jej kartach. Z pewnością bliższa literaturze kobiecej niż poważnej, a jednak na swój sposób ważna i warta przeczytania. Ma w sobie to coś, co sprawia, że płaczę podczas jej lektury, a potem odkładam na tę półkę z książkami do zatrzymania na zawsze.