Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Rebis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Rebis. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 lipca 2018

272. Jay Asher, Jessica Freeburg SZCZUROŁAP (ilustracje Jeff Stokely)

Znacie legendę o Szczurołapie? Człowieku, który przybył do Hameln i za godziwą opłatę zgodził się wypędzić niszczące miasto szczury, a kiedy przekonał się, że został oszukany, zemścił się w okrutny sposób, uprowadzając za pomocą swojej niezwykłej muzyki wszystkie dzieci? To opowieść, która nie raz wzbudzała we mnie dreszczyk grozy. Odwołania do niej pojawiają się w wielu książkach i filmach, np. w Sadze o Ludziach Lodu. Tym razem po tę niezwykłą legendę sięgnęli Jay Asher oraz Jessica Freeburg.

Powieść Ashera – 13 powodów – zrobiła na mnie spore wrażenie, kiedy więc zauważyłam zapowiedź Szczurołapa, wiedziałam, że muszę przeczytać tę pozycję. Przyznaję, że zaskoczyła mnie forma powieści graficznej, ale już po chwili nie potrafiłam się oderwać. Historia Magdaleny i tajemniczego przybysza z fletem pochłonęła mnie od pierwszych stron. Asher i Freeburg stworzyli niezwykłą wersję opowieści o szczurołapie. Ujęło mnie to, że nie skupili się wyłącznie na postaci wędrowca z fletem, ale także na mieszkańcach miasteczka, odsłaniając ich jasne i ciemne strony. Oraz to, jak bardzo uniwersalna i ponadczasowa okazała się ich historia. To, o czym opowiada, pasuje i do wydarzeń sprzed wieków i do tego, co dzieje się wokół nas na co dzień.

Kluczową postacią jest tu Magdalena. Głucha dziewczyna, odrzucona przez prawie całe społeczeństwo, obiekt drwin i agresji. Jej historia pokazuje, jak niewiele zmieniło się na przestrzeni wieków. Niepełnosprawni, inni, biedni, mniej ładni, mniej inteligentni, mniej sprytni, oj, długo by wymieniać – nadal spotykają się z szykanami i atakami. Czy nie o tym pisał Asher w swoich 13 powodach? Czy nie z tym zmagają się miliony dzieci, nastolatków i dorosłych na całym świecie? Magdalena z opowieści o Szczurołapie jest postacią fikcyjną, ale tak naprawdę spotkamy ją tuż za rogiem.

Nie odłożyłam, dopóki nie doczytałam. Podczas lektury towarzyszyły mi różne emocje i refleksje, nie zawsze przyjemne, a po zamknięciu książki wielokrotnie wracałam do niej myślami. I nadal wracam, choć minął tydzień, odkąd odłożyłam ją na półkę. Może zadziałała magia starych legend, może przemówiły do mnie problemy dnia współczesnego, nie wiem. Ale wiem, że polecam Wam gorąco. 

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Rebis.  

środa, 25 kwietnia 2018

263. Hanna Cygler NOWE NIEBO

- Ale, Helciu, to nie niebo tutaj nie jest nasze.
- Jak to nie? Zobacz, głuptasku. Tu jest Wielki Wóz, tam Mały. A Wielka Niedźwiedzica…?
- Tutaj! - triumfalnie wykrzyknęła Felicja.

Nowe niebo to moje trzecie spotkanie z twórczością Hanny Cygler i śmiało mogę stwierdzić, że zdecydowanie najbardziej udane. Historia rodziny Halmanów wciągnęła mnie od pierwszych stron i z wielkim zaangażowaniem śledziłam losy wszystkich jej członków: Felicji, Matyldy, Heleny, Augusta i Józula, a także bohaterów, z którymi krzyżowały się ich drogi. Nigdy wcześniej nie czytałam powieści opowiadającej o emigracji Polaków za Wielką Wodę, a tutaj nie dość, że mogłam obserwować całą rodzinę, której różnie się wiodło, to jeszcze akcja była osadzona w bardzo ciekawym przedziale czasowym, na przełomie XIX i XX wieku.

Niełatwe jest życie na emigracji. Wszystko jest nowe i obce, nawet niebo wydaje się jakieś inne, choć niby pojawiają się na nim takie same chmury i gwiazdy. Życie nie w każdym przypadku układa się tak, jak życzą sobie ludzie, a nowy kraj nie zawsze mlekiem i miodem płynie. Hanna Cygler stworzyła powieść, które idealnie oddaje związane z tym niepokoje i trudności, a równocześnie pokazuje, jak ważne jest wsparcie najbliższych. Nowe niebo to powieść niezwykle realistyczna, czym szybko wzbudziła moje zainteresowanie. Autorka przywołała na jej stronach dzieje emigrujących za chlebem Kaszubów, którzy na przełomie XIX i XX wieku licznie zasiedlili miasteczko Winona w Minessocie. W opowieści spotkamy postaci i wydarzenia znane z kart historii, co jeszcze bardziej dodaje jej klimatu i skłania do zgłębienia wątku emigrujących Polaków. Ale poza trudami życia z dala od ojczyzny i budowania nowej codzienności sporo miejsca poświęca Hanna Cygler stosunkom rodzinnym i poszukiwaniu własnej tożsamości. Czasy te nie są łatwe, szczególnie dla kobiet, które nadal walczą o prawo do decydowania o sobie, edukacji, podejmowania kariery zawodowej czy o prawo głosu.

Nowe niebo niejednokrotnie wzbudziło we mnie silne emocje. Nie brakuje tu wątków, które wzbudzają w czytelniku sprzeciw i są przykrym przypomnieniem, jak wyglądała (i nadal wygląda) rzeczywistość w wielu rodzinach, z jakimi dramatami zmagają się ludzie pozbawieni pracy i środków do życia albo jak biały człowiek potrafił skrzywdzić rdzennych mieszkańców ziem, które sobie przywłaszczył. Powieść Hanny Cygler pozornie opowiada historię jednej rodziny, ale tak naprawdę jest wielowarstwowa i możemy z niej wynieść dużo więcej niż tylko opowieść o niełatwych losach emigrantów z Kaszub. 

Winona współcześnie - źródło Wikipedia
 


środa, 15 marca 2017

243. Jorge Diaz LISTY DO PAŁACU



Pierwsza Wojna Światowa pustoszy Europę, tymczasem do Pałacu Królewskiego w neutralnej Hiszpanii dociera list. Mała, pochodząca z Francji dziewczynka prosi króla, by ten pomógł jej odnaleźć zaginionego na froncie brata. Poruszony losem dziecka i jego bliskich monarcha uświadamia sobie, jak tragiczne jest położenie wojennych ofiar, walczących, wziętych do niewoli, pozbawionych domu i wieści o najbliższych. Powołuje do życia Urząd do spraw Ochrony Jeńców , który aż do 1921 roku pomaga dwustu tysiącom jeńców wojennych...

Ta wzruszająca historia nie jest jedynym wątkiem zawartym na kartach powieści Jorge Diaza, jednak z pewnością jest jednym z ważniejszych. Losy większości bohaterów tej historii krzyżują się w Urzędzie ds. Ochrony Jeńców lub w miejscach ogarniętych wojną. Wojna nie zna litości. Rozdziela rodziny, zabiera bliskich, budzi okrutne instynkty i zmusza do robienia rzeczy, z których człowiek nie jest dumny. Bohaterowie Jorge Diaza również zmagają się z okrucieństwem wojny. Chociaż część z nich jest Hiszpanami i tym samym pozostaje neutralna, to stykają się z nią za sprawą swoich bliskich czy wykonywanych obowiązków. Pomimo szalejącej wojennej zawieruchy w Europie toczy się także normalne, codzienne życie. Ludzie spotykają się, bawią, zakochują. I w tej historii jest miejsce na miłość, choć z pewnością powieści Diaza daleko jest do klasycznego czy banalnego romansu.

W Listach do pałacu spodobała mi się bardzo przystępna forma, która sprawia, że tę obszerną przecież lekturę czyta się naprawdę lekko. Atutem jest także to, że autor prowadzi akcję, opierając się na przeżyciach wielu bohaterów. Dzięki temu czytelnik może uczestniczyć w różnych wydarzeniach, przenosząc się wraz z bohaterami z madryckiego pałacu do dzielnicy biedy, z Paryża do Berlina, z neutralnej Hiszpanii do obozów jenieckich rozsianych po Europie.

Listy do pałacu są niezwykle ciekawą i wciągającą lekturą, która przybliża działalność Urzędu ds. Ochrony Jeńców, zapoczątkowaną przez hiszpańskiego króla Alfonsa XIII. To także interesujący obraz hiszpańskiego społeczeństwa początku dwudziestego wieku, w którym wyraźnie zaznaczały się różnice pomiędzy poszczególnymi klasami. Polecam serdecznie!


wtorek, 31 maja 2016

303. Daniel Galera BRODA ZALANA KRWIĄ



Broda zalana krwią Daniela Galery inauguruje nową serię Wydawnictwa Rebis – Serię Brazylijską. Powieść została uznana za najlepszą brazylijską książkę ostatnich lat. Z literaturą pochodzącą z tego ogromnego kraju dotychczas nie było mi po drodze, zatem postanowiłam to zmienić. Dziś mogę powiedzieć, że Broda zalana krwią jest jedną z najbardziej specyficznych książek, jakie zdarzyło mi się czytać. Może właśnie w tym tkwi jej znakomitość?



Bohaterem powieści jest młody człowiek, który po śmierci ojca przybywa do niewielkiego miasteczka położonego na wybrzeżu. To właśnie w Garopabie przed laty żył i tajemniczo zginął jego dziadek. Chłopak pragnie odszukać jego ślady i poznać historię śmierci, ale przekonuje się, że gdy chodzi o historię mężczyzny, mieszkańcy miasteczka cierpią na zbiorową amnezję...


Broda zalana krwią to jedna z oryginalniejszych powieści, jakie przyszło mi czytać. Już jej forma zaskakuje i intryguje. Nie zaznaczono tutaj dialogów, a jedynie wspomina się o nich w kolejnych wersach. Czytelnik nie poznaje także imienia głównego bohatera, choć poza tym dość dużo o nim wiadomo, a pozostałe postacie znane są z imienia. Początkowo taka forma nieco mnie uwierała, ale z czasem przywykłam do niej. I pozwoliłam się porwać tej historii, ponieważ zawiera ona coś, co bardzo w książkach cenię: niesamowitą aurę tajemniczości. I bynajmniej nie chodzi mi wyłącznie o sekrety skrywające historię dziadka naszego bohatera. To zupełnie inna para kaloszy. Ale przy tym Broda zalana krwią jest historią zupełnie nieprzewidywalną i nie da się określić, co zdarzy się, gdy przewrócimy stronę.


Atmosfera małego turystycznego miasteczka po sezonie niemal usypia, ale lekturze towarzyszy dziwne uczucie niepokoju, które zasnąć nie pozwala. Nasz bohater cierpi na chorobę, przez którą nie może zapamiętać ludzkich twarzy. Równocześnie do bólu pragnie poznać historię nieznanego sobie dziadka i być może rozliczyć się z nieco bliższą przeszłością. To wszystko składa się na troszkę absurdalną, zupełnie nieprzewidywalną i bolesną historię. Niełatwą, ale dobrą i wciągającą. Przyznaję, że Brazylijska Seria poważnie mnie zaintrygowała. To takie nie nasze klimaty, że aż jestem bardzo ciekawa. Na chwilę obecną oceniam ją zdecydowanie na plus. Jeśli macie ochotę na powieść, którą śmiało można określić inną i nieszablonową, a zarazem zagadkową i niepokojącą, sięgajcie śmiało.




 

niedziela, 21 czerwca 2015

232. Nina Majewska-Brown WAKACJE

Wakacje, marzymy o nich, czekamy cały rok, by przeżyć te sielskie-anielskie dni wolności od trosk i stresu. Bohaterowie powieści Niny Majewskiej-Brown również liczą na udane wakacje, to w końcu ich wymarzony wyjazd do Barcelony. Jednak los bywa przewrotny...

Nina wraz z mężem i dwójką dzieci, dorastającym Jaśkiem i siedmioletnią Klarą, spędza wymarzone wakacje w Barcelonie. To ma być wymarzony czas dla nich wszystkich, wypełniony słońcem, zwiedzaniem miejscowych atrakcji, chłonięciem niezwykłego klimatu barcelońskich uliczek i przesiadywaniem w miejscowych, uroczych knajpkach. Nie psuje tego nawet niespodziewana wizyta apodyktycznych i napuszonych teściów Niny. Nagły zwrot w życiu rodziny sprawia, że główna bohaterka musi zupełnie przewartościować i zmienić swoje życie. 

Przyznaję się bez bicia, spodziewałam się czegoś zupełnie innego. Nie zapoznałam się z blurbem, zerknęłam jednym okiem na klimatyczną, piękną, wakacyjną okładkę, dokonałam prędkiej analizy, której wynikiem okazała się Barcelona i zdecydowałam, że przeczytam. Już w czasie lektury pojawiła się u mnie doza irytacji, stwierdziłam, że książka nie posiada zarysowanej fabuły, a jej istotą jest wyłącznie opis rodzinnych wakacji w Barcelonie. Owszem, czytało się bardzo przyjemnie, ale troszkę przerażało mnie, że przede mną jeszcze niemal 200 stron podobnych opisów, obawiałam się, że w końcu mnie to znudzi... Takie pitu-pitu, pomyślałam w pewnej chwili. I wtedy Nina Majewska-Brown wydobyła ciężki sprzęt i dostałam jak obuchem w głowę. Nagły, zupełnie niespodziewany zwrot akcji zmienił tę idylliczną historię w powieść zupełnie inną. Mój odbiór książki stopniowo zmieniał się, tak jak życie i priorytety głównej bohaterki. 

Wakacje Niny Majewskiej-Brown jest książką, która pokazuje, że nigdy nie możemy być pewni, co szykuje dla nas los. A ten potrafi zadrwić z nas i naszych planów bezlitośnie. Jednego dnia cieszymy się palącym słońcem Barcelony, by w kolejnym wylewać morze łez. I choć w pewnym momencie może nam się wydawać, że nastąpił koniec, potrafimy znaleźć w sobie siły, by żyć dalej, szczególnie jeśli wokół nas znajdą się naprawdę życzliwi ludzie. Powieść Niny Majewskiej-Brown jest zapisem właśnie takich zmagań, jak również skomplikowanych i w momentami bardzo trudnych relacji międzyludzkich. Autorka z dużym realizmem oddaje mechanizmy zachowań tak charakterystyczne dla pewnych wydarzeń oraz przybliża obraz trudnych stosunków rodzinnych. Całość zapakowana jest w słodko-gorzką opowieść, która wzbudza w czytelniku i niekontrolowane wybuchy śmiechu i łzy.

Powieść Wakacje może Was zmylić, zupełnie jak mnie. Okładka tej książki jest żywą reklamą słonecznych wczasów w Barcelonie i w najmniejszym stopniu nie zapowiada, co możecie znaleźć w tej książce. Tymczasem powieść Niny Majewskiej-Brown nie jest sielską historyjka, ale życiowym scenariuszem, jaki los może napisać każdemu z nas. Autorka posługuje się prostym, lekkim piórem, doskonale dopasowanym do pierwszoosobowej narracji przyjętej w opowieści. Nie jest to być może piękny język, momentami drażnią również wtrącone wulgaryzmy, niemniej pióro autorki sprawnie komponuje się z klimatem powieści. 

Wakacje Niny Majewskiej-Brown są udanym debiutem, choć moja ocena tej książki jest jakby podzielona na pół. Pierwsza część jest jak dla mnie mało emocjonująca, zbyt senna, autorka skupia się na pobycie w Barcelonie, ale nie przemówiły do mnie jej opisy, nie poczułam z nich klimatu miasta. Ta część książki wydaje mi się zbyt rozwleczona, niektóre momenty nie wnoszą nic w książkę, a autorka jest bardzo skrupulatna w oddawaniu planu dnia rodziny Braunów. Druga część jest zdecydowanie lepsza, mocniejsza, bardziej dynamiczna. Można wyczuć w niej emocje, porywa czytelnika, który nareszcie nawiązuje więź z bohaterką. Zaskakujące jest zakończenie, które daje zapowiedź kolejnego spotkania z bohaterami książki. Przyznaję, że chętnie się na nie zdecyduję. 



piątek, 23 stycznia 2015

192. Mons Kallentoft DUCHY WIATRU - przedpremierowo

Dobrze napisanych kryminałów nigdy nie jest mi dość. Lubię zatem poznawać nowych autorów i z radością pozwalam im się wieść ścieżką zbrodni. Mons Kallentoft poprowadził mnie uliczkami szwedzkiego miasteczka w stronę domu starców, gdzie wydarzy się tajemnicza i niejednoznaczna zbrodnia... Czy udało mu się wzbudzić moje zainteresowanie?


Mons Kallentoft był mi do tej pory autorem obcym i nie miałam przyjemności czytać jego wcześniejszych powieści z cyklu o komisarz Malin Fors. Czego żałuję, gdyż literaturę skandynawską lubię, kryminały lubię, a serie, w których po raz kolejny mogę spotkać bohaterów, z którymi sympatyzuję, lubię jeszcze bardziej. Duchy wiatru są już siódmą z kolei odsłoną cyklu o policjantce z Linkopingu, jednak nie przeszkadza to w odbiorze książki. Co prawda autor od czasu do czasu rzuca na zachętę tajemnicze nawiązywania do dramatycznych wydarzeń z przeszłości pani komisarz, jednak bez kłopotu można skupić się na "tu i teraz". Co mnie bardzo zdziwiło i troszkę wytrąciło z równowagi, to uwaga na okładce, która sugeruje, że autor Duchów Wiatru jest lepszy od samego Larssona. Osobiście uważam, że Larssonowi jeszcze żaden skandynawski autor nie dorównał, a takie porównania są zupełnie nietrafione, gdyż ich powieści są wyraźnie inne. 

Akcja powieści Duchy Wiatru nawiązuje do tragicznych wydarzeń, jakie miały miejsce w domu starców, w którym pracuje Tove, córka komisarz Malin Fors. Jeden z pensjonariuszy, Konrad Karlsson zostaje znaleziony w swoim pokoju powieszony na kablu od dzwonka. Chociaż wszystko wskazuje na to, że staruszek popełnił samobójstwo, ludzie, którzy go znali, nie potrafią w to uwierzyć. I rzeczywiście, dokładne oględziny potwierdzają, że mężczyzna został zamordowany, a następnie pozowany na samobójcę. Kto pragnął śmierci samotnego, schorowanego człowieka? Jaki związek ze zbrodnią ma wyrachowany właściciel spółki, w której skład wchodzą domy starców w całej Szwecji? Komisarz Malin Fors i jej towarzysze z posterunku w Linkoping rozpoczynają śledztwo, które biegnie wieloma torami, by ostatecznie doprowadzić do zaskakującego, a zarazem prostego rozwiązania...


Powieści Duchy Wiatru nie sposób ocenić prostym stwierdzeniem dobra bądź zła. To co jednych czytelników może w niej zachwycić, innych odrzuci i zniechęci. Literatura skandynawska - w szczególności literatura kryminalna - ma w sobie coś takiego, że przyciąga jak magnes. Co rusz pojawiają się nowi autorzy, okrzykiwani świeższym wydaniem Larssona, Nesbo czy Marklund. A przecież każdy z nich ma swój unikalny styl, którym posługuje się splatając sieć zbrodni. Podobnie jest z Kallentoftem, wyraźnie można zauważyć, że podąża wytyczoną przez siebie ścieżką. Cykl o Malin Fors najpierw bazował na porach roku, obecnie autor skupił się na żywiołach. Charakterystyczna dla książki jest jej dynamika. Nie ma tutaj zbyt wiele opisów miasta, być może dlatego, że jest to już siódmy tom i autor uznał, że jest to niepotrzebne.  Z ciekawości zapoznałam się z opiniami na temat poprzednich jego książek i byłam zdziwiona, że wiele osób określało książki Kallentofta "wolnymi" i takimi w "których nic się nie dzieje". Według mnie Duchy wiatru to akurat jeden z "szybkich" kryminałów, takich dosłownie na dwa wieczory. Pióro autora, to jak formuje zdania, częste krótkie, jednozdaniowe akapity, składające się na przemyślenia żywcem wyrwane z umysłów bohaterów - to wszystko składa się na fakt, że tę książkę bardzo szybko się czyta i ani się człowiek obejrzy, już jest w połowie. Owszem, można się "doczepić", że śledztwo rusza z kopyta po dłuższym czasie, jednak wcześniejsze rozdziały to nie jest lanie wody, a sprawę w ciągu godziny można rozwiązać tylko w W-11...

Bohaterów u Kallentofta jest wielu, momentami miałam wrażenie, że zbyt wielu, szczególnie, że uwagę - krótką bo krótką, ale jednak - poświęca on każdemu z nich. Czytelnik może więc zajrzeć do głowy komisarz Fors, jej córki, policjantów z posterunku i innych ludzi zamieszanych w tę sprawę. Najwyraźniej autor lubi oddawać głos także ofiarom zbrodni... oraz żywiołom. Ciekawy pomysł, choć nie sądzę, by wiele wniosło to w treść książki, ale najwyraźniej miał to być swego rodzaju przerywnik. Wracając do bohaterów... na pierwszy plan wysuwa się oczywiście Malin Fors, kobieta z przeszłością, samotna matka i alkoholiczka. W tym miejscu uśmiechnęłam się lekko, gdyż nie tak dawno w dyskusji na temat kryminałów padło stwierdzenie, że autorzy powielają schematy i policjanci wielokrotnie są w nich alkoholikami z ciężkim bagażem życiowym, a przestępcy posiadają zaburzenia psychiczne oparte na  trudnym dzieciństwie, molestowaniu itp. Jednak nie są to wyłącznie schematy, ale także statystyki oparte na życiu. Zatem jak sami widzicie, policjantka u Kallentofta powiela schematy, ale czytając przekonacie się, że autor także je obala, a w którym miejscu... nie zdradzę.

Podsumowując: styl Kallentofta w moim przypadku bardzo na tak, autor sprawił mi wielką przyjemność tym, że nawet nie domyśliłam się, kto mógł zamordować biednego staruszka. Liczne wątki splatały się, pobudzały do główkowania "kto i czemu", nic nie było oczywiste, zakończenie przypadło mi do gustu swoją prostotą i realizmem. Nieco żałuję, że wszystko jest tutaj proste i szybkie, bo czasem lubię się delektować kryminałem, a tu po prostu parłam do przodu, by poznać rozwiązanie. Ale mam ochotę poznać bliżej tę serię, co mówi samo za siebie. 








czwartek, 13 listopada 2014

178. Anne Rice WILCZE PRZESILENIE


Pragnęłam spotkania z Anne Rice. Nie powiodło się. 


Nigdy nie było mi drodze z tym typem literatury. Owszem, przeżyłam bardzo krótką przygodę z literaturą „wampirolubną”, ale szybko straciłam zainteresowanie tymi klimatami. Gdzieś w głębi mnie kiełkowało jednak podejrzenie, że zaczęłam w złym miejscu. Skuszona entuzjastycznymi reakcjami czytelników sięgnęłam po autorkę na czasie, zamiast zaufać klasyce gatunku. Stąd moja decyzja, by dać sobie i wspomnianemu gatunkowi jeszcze jedną szansę. Mój wybór padł na Anne Rice, autorkę cenionego Wywiadu z wampirem, jednak przez długi czas nie mogłam trafić na jej książki w bibliotece. Kiedy więc w zapowiedziach domu wydawniczego Rebis pojawiła się zapowiedź najnowszej powieści autorki, postanowiłam się z nią zmierzyć.

Wilcze przesilenie jest drugą częścią cyklu „Kroniki wilczego daru”, jednak sprawne nawiązanie do wydarzeń z pierwszej części powoduje, że historie można czytać oddzielnie. Bohaterem powieści jest Reuben, młody dziennikarz z Kalifornii, który w dramatycznych okolicznościach uległ ugryzieniu i dołączył do watahy Ludzi Wilków. W starej rezydencji, którą Reuben odziedziczył po zamordowanej przyjaciółce trwają przygotowania do Jul – święta znanego przez większość ludzi jako Boże Narodzenie. Mężczyzna dowiaduje się, że z obchodami łączą się specjalne rytuały, które on i jego bracia mają odprawić w zaciszu starej puszczy. Jednak niespodziewanie w domu pojawia się udręczony i nieszczęśliwy duch, który potrafi skontaktować się wyłącznie z Reubenem i zaburza przygotowania do święta.

Do lektury Wilczego przesilenia podeszłam z dużą dawką ciekawości i ekscytacji. I muszę sprawiedliwie przyznać, że pierwsze rozdziały, w których poznawałam Reubena i jego niezwykłych przyjaciół były naprawdę interesujące. Być może nie chłonęłam ich z wypiekami na twarzy, ale lekturze towarzyszyło zainteresowanie i przyjemność. Z pewnością niemały wpływ na mój odbiór miał niezwykły klimat przedświątecznych przygotowań, które autorka bardzo plastycznie i realistycznie wplotła w fabułę. Kiedy czytałam o starym domu ukrytym w gęstej puszczy, moja wyobraźnia pracowała na bardzo wysokich obrotach. Jednak z kolejnymi stronami powieści musiałam sama przed sobą przyznać, że w powieści Anne Rice brakuje tego, co jest dla mnie bardzo istotne: napięcia i emocji. Przecież to powieść o wilkołakach, więc powinna kryć w sobie jakiś niepokój, a tymczasem wszystko przebiegało bardzo gładko i bez strachu. Nudno.


Nie da się Anne Rice odmówić dobrego i przyjemnego pióra. Operuje nim sprawnie, oddając nastrój, tworząc interesujące tło dla nakreślanych wydarzeń. Tym bardziej jest mi żal, że w tych wydarzeniach brakuje iskry. Z biegiem stron pojawiło się we mnie podejrzenie, że autorce zabrakło pomysłu na drugi tom Kronik Wilczego Daru, że Dar Wilka musiał być znacznie ciekawszy i lepiej dopracowany. Oczywiście mogę się mylić, oczywiście na moją ocenę może rzutować nieznajomość tego gatunku. Wiem jednak, że nie przekonało mnie do niego Wilcze Przesilenie.

dziękuję :)


czwartek, 9 października 2014

166. Jenny L. Witterick TAJEMNICA MOJEJ MATKI


Jak ludzie mogą to robić innym ludziom?

Poruszająca opowieść oparta na prawdziwych wydarzeniach. 




Za każdym razem, gdy sięgam po książkę zainspirowaną wydarzeniami wojennymi, powraca do mnie pytanie, które zadała sobie Helena, jedna z bohaterek "Tajemnicy mojej matki". Jak ludzie mogli robić to innym ludziom? Jak wielką potęgę kryje w sobie wojna, że wyzwala w ludziach najokrutniejsze instynkty? Nie znajduję odpowiedzi na to pytanie i myślę, że nigdy nie znajdę. Czytam więc: Tak bardzo bym chciała usunąć z pamięci obrazy płaczących malutkich dzieci wyrywanych z ramion ojców, starców zmuszanych do tańca strzałami pod stopy, śmiejących się żołnierzy, którzy zabierają ze sklepów, co tylko chcą, bez płacenia.* Czytam i pozwalam, by po moim policzku spłynęła łza. Przez chwilę wątpię w człowieka, lecz po krótkiej chwili odnajduję wiarę na nowo. Poznaję niezwykłe losy Heleny i jej matki, Franciszki. Dwóch kobiet, które zaryzykowały własne życie, by udzielić schronienia dwóm żydowskim rodzinom i niemieckiemu żołnierzowi, który nie miał w sobie wystarczających pokładów nienawiści, by walczyć i zabijać. 

Takim oto sekretem jest "Tajemnica mojej matki". 

Powieść Jenny L. Witterick jest tworem wyobraźni, jednak powstała w wyniku inspiracji filmem o Sprawiedliwej wśród Narodów Świata: Franciszce Halamajowej oraz jej córce Helenie. Dwie dzielne Polki, mieszkające w Sokalu na terenie dzisiejszej Ukrainy, nie zawahały się udzielić schronienia dwóm żydowskim rodzinom, pomimo grożących konsekwencji. Przez blisko dwa lata kilkunastu Żydów ukrywało się pod podłogą kuchni w niewielkim domku Franciszki lub w chlewiku ze zwierzętami. Polki nie zniechęciły nawet niemieckie oddziały stacjonujące w obrębie jej gospodarstwa. Dla niepoznaki wygłaszała antysemickie poglądy i nie sprzątała u świń, licząc, że Niemcy nie zechcą pobrudzić swoich elegancko wypastowanych butów...

Przed wojną w Sokalu mieszkało 6 tysięcy Żydów. Wojnę przeżyło trzydziestu. Połowę z nich uratowała Franciszka Halamajowa wraz ze swoją córką. W 1984 roku obydwie zostały odznaczone tytułem Sprawiedliwych wśród Narodów Świata. 

Franciszka Halamaj, zdj.sprawiedliwi.org.pl

Historia stworzona przez Jenny L. Witterick została zamknięta w krótkiej, niepozornej gabarytowo książce. Podzielona na krótkie rozdziały, proste i czytelne w przekazie. Przypominające bolesny pamiętnik, który pozbawiono dat. Czy podczas wojny daty mają znaczenie? Pewnie nie. Liczy się tylko pełne nadziei spojrzenie w przyszłość i oczekiwanie, że ten koszmar w końcu się skończy. Jak okrutnie okrutnie musiał dłużyc się czas uciekinierom, którzy nie byli pewni istnienia kolejnego dnia, a nawet godziny?
Być może nie jesteśmy w stanie sobie tego nawet wyobrazić, ale możemy o tym przeczytać w Tajemnicy mojej matki. Na kartach swojej historii autorka pozwoliła przemówić czterem osobom: Helenie, Bronkowi - głowie żydowskiej rodziny, Mikołajowi - inteligentnemu żydowskiemu chłopcu, oraz Vilheimowi, wrażliwemu niemieckiemu żołnierzowi, który nie godził się na okrucieństwo wojny. Cztery ludzkie istnienia stykają się pod dachem skromnego, polskiego domu. Łączy ich nadzieja przetrwania, marzenie o końcu okrutnej wojny, strach o życie swoje i bliskich. 

"Tajemnica mojej matki" jest opowieścią napisaną prostym słowem poruszającym głębokie struny. Aż trudno uwierzyć, że tak nieskompliwkowane słowa mogą wzbudzać taki ogrom emocji, dławić w gardle, wzruszać. A jednak tak jest. Tajemnica mojej matki nie jest powieścią rozległych opisów, dialogów, nie epatuje opisem wojennych okrucieństw. Jest świadectwem dramatu, odwagi i szlachetności człowieka.

*cytaty pochodzą z książki
zdjecie sprawiedliwi.org.pl

Za egzemplarz dziękuję.



sobota, 6 września 2014

158. Yvette Manessis Corporon SZEPT CYPRYSÓW


Szept cyprysów jest nie tylko barwną powieścią, która porwie kobiece serca. Jest także mądrą opowieścią o poszukiwaniu własnej tożsamości i uświadamianiu sobie, co jest naprawdę w życiu ważne.

Los nie oszczędza Daphne, córki greckich imigrantów mieszkających w Nowym Jorku. W wypadku traci ukochanego męża, a w napadzie oboje rodziców. Zostaje sama z maleńką córeczką i stertą niezapłaconych rachunków. Nie poddaje się jednak. Ciężko pracuje, by otworzyć w Nowym Jorku grecką restaurację. Wspiera ją zabiegający o jej względy bogaty bankier Stephen, oraz mieszkająca na małej greckiej wysepce babcia.
Przed Daphne pojawia się szansa na nowe życie i miłość. Zjawia się na Erikusie, by przygotować się do wesela. W klimatycznej scenerii greckiej wysepki Daphne poznaje niezwykłe dzieje życia swojej babci i uczy się słuchać magicznego szeptu wyspy. To, co usłyszy, sprawi, że przewartościuje swoje życie...

Piękna i nastrojowa okładka wróży lekturę pasjonującą i kobiecą. Popełni jednak gruby błąd ten czytelnik, który powieść  Yvette Manessis Corporon weźmie za błahą. Za pięknymi greckimi krajobrazami, tajemniczymi mitami i magią, którymi kusi wydawca, kryje się mądra historia kobiety poszukującej swojej prawdziwej tożsamości.

Daphne wychowała się w Nowym Jorku, gdzie wyemigrowali jej rodzice. Na greckiej wysepce, skąd wywodziła się jej rodzina, spędzała jednak cudowne wakacje. Właśnie podczas tych wakacji kształtowała się głęboka więź pomiędzy dziewczynką, a jej babcią. Mimo to Evangelia nigdy nie zdradziła wnuczce dziejów swojego życia, obejmujących niezwykłe wydarzenia, jakie zaszły na Erikusie podczas drugiej wojny światowej. Z chwilą kiedy Daphne je pozna, zmieni spojrzenie na wiele spraw dotyczących siebie i przyszłości swojej rodziny.

Jeśli na mapie Google odnajdziecie maleńką Erikusę, ujrzycie zielony zakątek otoczony bezmiarem turkusowych wód. Patrząc na ten mały raj na ziemi, łatwo wyobrazić sobie, że w tym miejscu czas się zatrzymał, tak jak przedstawiła nam to  Yvette Mansessis Corporon. Dla niej grecka wysepka jest drugim domem, miłość to jest pięknej krainy przebija z każdej strony napisanej przez nią książki. I choć główną bohaterką Szeptu cyprysów autorka uczyniła Daphne, to jednak nie mniej ważną bohaterką jest sama wyspa, jak i również zamieszkująca ją społeczność. Wierzę, że Yvette Manessis Corporon doskonale udało się oddać klimat i charakter tego miejsca. Nie wiem tego, gdyż nigdy w Grecji nie byłam. Wiem jednak, że czytając Szept cyprysów pokochałam niewielką wysepkę nieopodal Korfu i nabrałam ochoty by zawołać gromkie "OPA!" w cieniu oliwkowego drzewa...

Szept Cyprysu nie zaatakuje czytelników namolnymi opisami, ale piękno i charakter wyspy są wpisane pomiędzy toczące się wydarzenia i dają o sobie znać. Fabuła powieści jest dość wzruszająca, są momenty, gdy książka łapie za gardło i ściska. Dramatyczne wydarzenia tworzą udany kontrast ze słonecznym klimatem i przygotowaniami do prawdziwego greckiego wesela. Dzięki temu książka nie jest kolejnym wakacyjnym czytadłem, o którym zapomnę, ledwie odłożę je na półkę, zapadła w pamięć i powraca do mnie: zarówno swoim niezwykłym klimatem jak i tym poważniejszym przesłaniem, dotyczącym korzeni, więzów rodzinnych i  szanowania tradycji.

Niezwykły klimat, wyraziści bohaterowie i niesztampowe zakończenie - to główne plusy tej opowieści. Autorka ma ładny i płynny styl, który pozwala cieszyć się lekturą. Poza nielicznymi sztucznymi momentami, które nie przypadły mi do gustu, czytało mi się wyśmienicie. Powieść oceniam dobrze i polecam, przede wszystkim tym osobom, które mają ochotę poczuć trochę Grecji i o kulturze greckiej nieco się dowiedzieć. Ja sama umieszczam ją w swojej biblioteczce, może kiedyś uda mi się zabrać ją do Grecji?

Dziękuję!


niedziela, 27 lipca 2014

147. Beata i Eugeniusz Dębscy DWUDZIESTA TRZECIA

Uwielbiam, kiedy z szafy wysypują się szkielety. W powieści Beaty i Eugeniusza Dębskich wysypują się one nad wyraz często...

Tomasz Winkler, ekspolicjant zwolniony za domniemaną korupcję, otrzymuje niecodzienne zlecenie. Ma wyjaśnić tajemnicę śmierci żony bogatego biznesmena i zainkasować za to niezłą sumkę. Śledztwo rozpoczyna się od obserwacji wziętego ortopedy, z którym ofiara mogła być uwikłana w romans. Pomimo zebranych informacji Tomasz ma wrażenie, że nie posuwa się do przodu, ale wprost przeciwnie: poznaje tajemnice odległych czasów, które wydają się nie mieć nic wspólnego z tajemniczą śmiercią żony biznesmena. Czy jednak na pewno?

Tak chętnie sięgamy po książki zagranicznych pisarzy, jakby z góry zakładając, że są lepsze. Tymczasem na rodzimym rynku także pojawiają się perełki, którym warto poświęcić nieco czasu. Kilka dni temu uświadomiłam sobie, ba! Przypomniałam sobie, jak bardzo lubię stare PRL-owskie kryminały. Dwudziesta trzecia kryminałem PRL-owskim nie jest, jednak poznając losy Tomasza Winklera, poczułam podobne napięcie, jakie towarzyszy jedynie rozwiązywaniu wciągającej zagadki. No, bo wiecie przecież, jak jest z kryminałem. Czy się chce, czy nie, rozwiązuje się zagadkę wraz z bohaterem...

Zagadka, z jaką mierzy czytelnik w powieści Beaty i Eugeniusza Dębskich wydaje się niezwykle prosta. Główny bohater, Tomasz Winkler, otrzymuje na tacy głowę podejrzanego w sprawie o morderstwo. Jego zadaniem jest udowodnić, że żonę zleceniodawcy zamordował wpływowy lekarz. Szybko okazuje się, że nie tak łatwo jest znaleźć na podejrzanego przysłowiowego „haka”. Tomasz zagłębia się w przeszłość lekarza, szuka rozwiązania, badając jego korzenie. To, co odkryje, okaże się nie tylko wstrząsające ale i bardzo niebezpieczne.

Największym atutem tej powieści są emocje, które towarzyszą czytelnikowi aż do samego końca. Jednak na uwagę zasługuje także mistrzowsko stworzone tło rodzinne detektywa. Tomasz mieszka na co dzień z babcią i niedużym kundelkiem, Kropką. Babcia Roma jest niezwykle specyficzną i ciepłą osobą. Chętnie wypija z wnukiem szklaneczkę dobrego koniaku, kielonka także wychyla. Przegryza wszystko śledzikiem, papieroskiem, sudoku oraz celnym, często mocno zgryźliwym komentarzem. Okazuje prowadzącemu śledztwo wnukowi wsparcie przy pomocy trafnych spostrzeżeń. Nie sposób babci Romy nie polubić i to ona odgrywa w tej powieści rolę oscarową...

Dwudziesta trzecia jest dobrze skonstruowanym kryminałem, który zaskakuje i emocjonuje.  Zaskakuje przede wszystkim finałem, o którym z względów oczywistych wspomnieć nie mogę, ale który rasowych czytelników thrillerów/kryminałów zadowolić powinien. Jest krwawo, jest tajemniczo i jest emocjonująco.
W moim przypadku do szczęścia więcej nie potrzeba, no może poza dobrym, przyswajalnym językiem powieści. Dwudziestą trzecią pod kątem języka oceniam dobrze, niemniej mogłoby być lepiej. Momentami drażniły mnie wtrącenia ni z gruszki ni z pietruszki, ale w ferworze emocji, jakie towarzyszą książce, szybko to zgubiłam. Z bohaterami państwa Dębskich się zaprzyjaźniłam, więc mam nadzieję, że spotkam ich na kartach kolejnej powieści. 







sobota, 12 lipca 2014

141. Diego Galdino PIERWSZA KAWA O PORANKU


Moja pierwsza kawa o poranku stoi właśnie przede mną, więc to chyba najlepszy moment, by napisać o powieści Diego Galdino.

Massimo Tiberi ma niewiele ponad trzydzieści lat i jest właścielem niewielkiego baru na rzymskim Zatybrzu. Spotyka się tam cała miejscowa śmietanka towarzyska, aby ... No, właśnie? Co mogą pić o poranku rodowici Rzymianie? Oczywiście kawę! Więc przy barze na rzymskim Zatybrzu (oj, jak spodobała mi się ta nazwa!) spotykają się mechanik Tonino (caffe lungo), fryzjer Pino (caffe el vetro), kwiaciarka Rina (caffe el vetro z obowiązkową szklaneczką wody do popicia) i wielu innych. Spotykają się, piją swoje ulubione kawy i rozprawiają, z pewnością żywo gestykulując, jak to Włosi mają w zwyczaju.

Massimo jest baristą z dziada pradziada, tak jak był baristą jego ojciec, a wcześniej dziadek. Marzył o innej przyszłości, jednak kiedy jego ojciec niepodziewanie zapadł w śpiączkę i zmarł, porzucił szkołę, stanął za barem i zaopiekował się matką i siostrą. Od tej chwili minęło kilkanaście lat, a on zżył się z gośćmi swego baru, szczególnie mocno zaś z Marią, starszą panią, która skrywa jakąś tajemnicę. Maria umiera, a w drzwiach baru staje dziewczyna o piegowatej twarzy i najbardziej zielonych oczach na świecie. Massimo traci dla niej głowę, ona także zdaje się coś do niego czuć, jednak niespodziewanie wyjeżdża. Aby zdobyć miłość, Massimo będzie musiał poznać tragiczne losy ukochanej, które boleśnie łączą się z losami zmarłej pani Marii.

Muszę przyznać, że nie mogłam się doczekać, aż powieść Diego Galdino dotrze do mnie od wydawcy. Po lekturze mam bardzo mieszane uczucia. Podeszłam do lektury z niezwykłym entuzjazmem, niemal czując na języku parzący smak włoskiej kawy. Niezwykle klimatyczna okładka utrzymana w tonacji ciepłej kawy z mlekiem podsycała mój czytelniczy apetyt. Początek powieści także przypadł mi do gustu, gdyż przekonałam się, że autor posiada lekkie pióro i subtelne, nieco ironiczne poczucie humoru. Byłam pewna,że "Pierwsza kawa o poranku" i ja świetnie się ze sobą dogadamy.

Niestety, mój entuzjazm słabł z każdym rozdziałem. Dlaczego? Według mnie książce brakuje "iskry". Przedstawione wydarzenia są może i ciekawe, być może są idealnym tematem do fabuły książki o Włochach, kawie i miłości, jednak były opisane bez polotu. Tak jakby ktoś siedział w oknie i obserwując toczące się na ulicy wydarzenia, streszczał je osobie siedzącej w głębi pokoju. Zbyt mało emocji, choć przecież chodziło o miłość pomiędzy przystojnym Włochem i piękną Francuzką! Być może inaczej by się to prezentowało, gdyby powieść była przedstawiona w pierwszej osobie?

Jednak...
Powieść została podzielona na dwie części. I paradoksalnie z momentem wyjazdu Genevive opowieść nabrała głębi i stała się bardziej interesująca. Kiedy Massimo zajął się rozwiązywaniem tajemnic z przeszłości i czytaniem dziennika, który pozostawiła mu dziewczyna, poczułam zaintrygowanie i na powrót zagłębiłam się w lekturze z czystą przyjemnością. Każdy kto mnie zna, wie, że uwielbiam tajemnice z przeszłości. A im bardziej tragiczne, tym lepiej. Na koniec pozwoliłam sobie nawet na dwie łezki wzruszenia, nie mogłam więcej, bo znów nabrałam ochoty na kawę...

Jak więc widzicie, mam mieszane uczucia co do tej powieści.
Została ona napisana pięknym językiem. Autor potrafił oddać wiernie atmosferę zalanych słońcem ulic Zatybrza i wnętrza kawiarni. A, przepraszam - baru. Potrafił wiernie odmalować postacie hałaśliwych, kłótliwych Włochów, nieco zadumanego Massima i odrobinkę wyniosłej Francuzki. Udało mu się sprawić, że do dziś czuję w powietrzu zapach kawy. Pod tym względem czuję się literacko bardziej niż spełniona.
Zabrakło emocji, tego rozkosznego dreszczyku, który popycha do przewracania kartek. Szkoda.

Na koniec wspomnę, że Diego Galdino - podobnie jak Massimo Tiberi - prowadzi w Rzymie bar. Zastanawiam się nawet, czy u jego boku nie stoi zielonooka piękność...
Macie ochotę na włoską kawę?
Przepisy znajdziecie na końcu powieści :)

Dziękuję!








wtorek, 10 czerwca 2014

132. Hanna Cygler DWIE GŁOWY ANIOŁA - recenzja przedpremierowa


Nie minął jeszcze miesiąc, jak przeczytałam Głowę Anioła i poznałam bohaterów Hanny Cygler: Julię, Aleksa i ich przyjaciół. Z radością powitałam fakt, że Dom Wydawniczy Rebis tak szybko wznowił kontynuację ich przygód pod tytułem Dwie głowy anioła....

Minęło kilka lat od momentu, gdy Julia podjęła się renowacji zabytkowego pałacu, poznała Aleksa i zakochała się w nim. W ich życiu wiele się zmieniło: wzięli ślub, na świat przyszła dwójka dzieci. Jedno pozostało jednak bez zmian: Julia nadal jest zapracowaną panią architekt, która żyje na walizkach i nie ma czasu dla swojej rodziny. Coraz mocniej sfrustrowany tym Aleks odwiedza wraz z dziećmi rodzinne okolice żony. Niespodziewanie otrzymuje propozycję pracy u nowego inwestora , który uprawia tajemniczą roślinę: herbarię. Julia nie jest zachwycona, niemniej Aleks bardzo ceni sobie współpracę z nowym przyjacielem. Sielanka kończy się, gdy dochodzi do morderstwa...

Po lekturze kolejnej powieści Hanny Cygler wiem już, że stworzę z autorką udany zespół. Ona pisze takie książki, jakie ja lubię czytać. Ja czytam takie książki, jakie ona lubi pisać. Układ idealny, czyż nie?

To był taki maleńki żarcik na początek recenzji, jednak jest w nim wiele prawdy. Już podczas lektury Głowy Anioła zauważyłam, że Hanna Cygler z powodzeniem miesza w swoich książkach gatunki, tworząc pasjonującą historię. Bardzo lubię, gdy obyczajowość zazębia się z wątkiem kryminalnym, zahaczając o odrobinkę miłości i okraszając wszystko tajemnicą z przeszłości. Śmiało można rzec, taki tygielek z wszystkim. A ja takie tygielki właśnie bardzo lubię, więc tym bardziej ucieszyłam się, kiedy okazało się, że wydawca przewidział bardzo szybkie wznowienie przygód Julii i jej ukochanego.

Po lekturze Głowy Anioła spodziewałam się, że kontynuacja także mi się spodoba. Ale nie podejrzewałam, że w Dwóch głowach anioła autorka zawrze jeszcze więcej emocjonujących zwrotów akcji. Po raz kolejny postawiła swoich bohaterów przed pełną niebezpieczeństw zagadką kryminalną. Równocześnie nie oszczędzała ich prywatnego i zawodowego życia. Zarówno Aleks jak i Julia będą musieli raz jeszcze zmierzyć się z przeszłością. W jaki sposób? Tego czytelnicy dowiedzą się z kart powieści Hanny Cygler!

W Dwóch głowach anioła spotkamy także innych bohaterów znanych nam z pierwszej części. Autorka przybliża nam ich losy, przypominając, że jej książki nie są historiami jednego bohatera. Hanna Cygler daje nam możliwość bliższego zapoznania z postaciami, które pozornie są aktorami drugiego planu, ale ich wkład w fabułę powieści jest uzasadniony i ma duże znaczenie. Ukazują nam szerszą perspektywę akcji, dzięki czemu książka staje się o wiele głębsza i ciekawsza.

Osoby, które nie czytały Głowy Anioła, nie muszą się martwić. Kontynuację powieści można spokojnie czytać jako osobną historię. Autorka zadbała, by wszystkie ważne detale zostały przybliżone i ułatwiły tym samym odbiór książki czytelnikom, którzy nie mieli w swoich dłoniach "Głowy". Ja ze swojej strony polecam, by zapoznać się z wcześniejszymi losami Julii i Aleksa. O ile nie mają one szczególnego związku z akcją kontynuacji, to już z charakterkami tej ciekawej pary i ich wzajemnymi relacjami jak najbardziej...

Podsumowując: Dwie głowy anioła to wysoce emocjonująca powieść, która trzyma w napięciu do samego końca. Nie tylko wątkiem kryminalnym i wszechobecnymi tajemnicami, ale także życiem osobistym swoich bohaterów. Autorka w bardzo sprawny i przemyślany sposób kreśli ich losy, sprawiając, że czytelnik na moment porzuca swoje własne życie i zagłębia się w świecie książki!

Za możliwość przeczytania dziękuję: 



poniedziałek, 26 maja 2014

127. Hanna Cygler GŁOWA ANIOŁA



Od dłuższego czasu chciałam zapoznać się z twórczością Hanny Cygler, o której powieściach słyszałam wiele dobrych opinii. Okazja trafiła się, gdy Dom Wydawniczy Rebis wznowił wydanie Głowy Anioła. Powieść zwróciła moją uwagę piękną i klimatyczną okładką. Czy to, co znalazłam w środku także mnie zachwyciło?

Julia Sarnowska wraca po latach do Polski, by na prośbę przyjaciela zająć się renowacją zabytkowego pałacyku. Za granicą, gdzie uciekła po traumatycznych wydarzeniach z młodości, Julia odniosła wielki sukces. Jest wziętą panią architekt, właścicielką świetnie prosperującej firmy i kobietą zamożną. Z Polską łączą ją już tylko wspomnienia, jednak z zapałem podchodzi do nowych obowiązków. Spotyka także interesującego mężczyznę i choć sama przed sobą nie chce tego przyznać, kiełkuje w niej uczucie. Kiedy Julia usiłuje uporządkować zagmatwaną przeszłość, w jej otoczeniu zaczynają dziać się dziwne rzeczy. To nie pierwszy wypadek w pałacyku, czyżby komuś zależało, by Julia nie dokończyła pracy?

Miłość, napięcie i tajemnica z przeszłości - to połączenie dość popularne i odnoszące sukces. Nie inaczej jest jest i tym razem. Kiedy rozpoczynałam swoje spotkanie z Głową Anioła, spodziewałam się lekkiej powieści obyczajowej, nawet romansu. Okazało się jednak, że Hanna Cygler nie lubi zamykać swoich historii w ramkach jednego gatunku i chętnie łączy je sobą, zręcznie żonglując akcją.

Główną bohaterką powieści jest Julia, kobieta spełniona zawodowo i bardzo zamożna. Nie mogąc dojść do siebie po śmierci męża, przyjmuje propozycję przyjaciela z młodzieńczych lat, który chce, by zajęła się modernizacją zabytkowego pałacyku. Powrót do rodzinnego domu przypomina jednak o wydarzeniach z przeszłości i tajemniczej śmierci, która kładzie się cieniem na życiu Julii i jej przyjaciół. Aby zrobić kolejny krok do przodu i zacząć nowe życie, nasza bohaterka zmuszona będzie rozliczyć się z przeszłością. Czy jej się uda?

Nie można odmówić Hannie Cygler talentu w snuciu rozbudowanych, wielowątkowych historii, które swoją fabułą sięgają odległych lat, a przy tym są pełne realizmu, uroku i tajemnic. Nie można odmówić jej talentu do tworzenia nietuzinkowych, charakterystycznych postaci, obciążonych latami doświadczeń i skrywanymi uczuciami. I w końcu: nie można jej odmówić talentu do umiejętnego łączenia tych walorów w powieść, którą bardzo przyjemnie się czyta. Głowa Anioła z pewnością zachwyci czytelniczki, które lubią książki o miłości, ale oczekują po nich czegoś więcej niż banalnej historyjki. W powieści Hanny Cygler tego więcej jest naprawdę sporo!



Za możliwość przeczytania powieści dziękuję : 






środa, 2 kwietnia 2014

112. Lauren Beukes LŚNIĄCE DZIEWCZYNY


Tego mordercy nie była w stanie powstrzymać nawet bariera czasu...

źródło; rebis.com.pl
Harper Curtis, bezrobotny i bezdomny zawadiaka, który dla kilku centów nie zawaha się ukrócić ludzkiego życia. Przypadkowo wchodzi w posiadanie klucza do wyjątkowego domu. Domu, który posiada niezwykłe możliwości, pozwala nie tylko ogrzać się w swoim wnętrzu, zjeść pierwszy od wielu dni prawdziwy posiłek, czy napić się dobrego alkoholu. Dom swojemu lokatorowi pozwala także wędrować w czasie, przenieść się do dowolnego momentu. W zamian żąda tylko małego dowodu wdzięczności. Harper ma stać się mordercą. Ma obserwować i zabić wszystkie lśniące dziewczyny. 

Kirby Mazrachi, choć sama o tym nie wie, jest jedną z dziewczyn, które lśnią. Musi umrzeć. Zostaje napadnięta i potwornie pokiereszowana, ale jakimś cudem utrzymuje się przy życiu. Życiu, które od tej chwili naznaczone jest piętnem; tej, która przeżyła własną śmierć. To staje się obsesją Kirby, dziewczyna dąży do tego by zdemaskować niedoszłego mordercę, podejrzewa że jest on odpowiedzialny za inne zbrodnie. Wspiera ją Dan, reporter, który niegdyś zajmował się sprawami kryminalnymi i opisywał jej przypadek. To, co odkrywają, wydaje się być zupełnie nieprawdopodobne...


Lauren Beukes pracuje jako dziennikarka i scenarzystka telewizyjna. Swoje opowiadania publikowała w kilkunastu antologiach. Jest także autorką bestsellerowej powieści Zoo City, która została wydana przez Rebis w 2012 roku. 

Na co liczyłam sięgając po Lśniące Dziewczyny? Przede wszystkim na dobrze napisany thriller z nieszablonową serią morderstw. Otrzymałam to i nawet nieco więcej, gdyż okazało się, że wątek kryminalny został przepleciony z fantastycznym. Co prawda "fantastyka" kojarzy mi się z bajkowymi krainami i istotami nie z tego świata:elfami, goblinami i krasnoludkami, ale jak inaczej nazwać element portalu, który przenosi mordercę w czasie? Ponieważ kilka lat temu przemaglowałam ten pomysł z Kingiem i jego Dallas 63 i nie było to dla mnie nic nowego, przeszłam nad tym do porządku dziennego i spokojnie kontynuowałam lekturę. Podróż w czasie, by zabijać? A czemu by nie. 

Tych podróży w czasie jest zresztą bardzo wiele i czytelnik "skacze" wraz z mordercą z jednego momentu w drugi. Dwadzieścia, trzydzieści lat? To nie przeszkoda. Wystarczy tylko uchylić drzwi Domu. Co za tym idzie, trzeba się troszkę pilnować i skupić, aby zachować odpowiednią chronologię wydarzeń. Początkowo wprowadza to nieco chaosu, ale autorka szybko przyzwyczaja nas do tego, kto jest kim i dlaczego akurat w tym roku. Z biegiem czasu wszystko ładnie się zazębia i tworzy spójną całość. 

Lśniące Dziewczyny z pewnością nie zaliczają się do typowej literatury z gatunku kryminału czy thrillera. Na ogół w tego typu książkach czytelnik uczestniczy w śledztwie, a nawet gimnastykuje swój umysł, główkując: kto zabił. W tej powieści mordercę znamy niemal od pierwszej chwili. Wiemy, dlaczego zabija (Dom mu kazał), jak zabija ( uczestniczymy w każdym akcie mordu i musimy zmierzyć się z bardzo brutalnymi szczegółami, polecam osobom o bogatej wyobraźni... ), kto go przechytrzył i kto go ściga. Ponieważ wiemy naprawdę wiele, pozostaje nam tylko wygodnie się oprzeć i skupić na przyjemności płynącej z lektury. A przyjemność płynie wartko, bo Lauren Beukes posiada dobre, miłe dla czytelnika pióro, które aż chce się śledzić. 

Muszę zwrócić uwagę na fakt, że autorka sporo uwagi poświęca swoim bohaterom i znakomicie kreuje ich postaci. Nie chodzi mi tu tylko o głównych bohaterów czyli Curtisa i Kirby, którzy stali mi przed oczyma jak wymalowani, ale także tych drugoplanowych. Każda z zamordowanych kobiet jest charakterystyczna i barwna, każda z nich zdradza czytelnikowi kawałek swojej historii, przykuwa uwagę i wzbudza współczucie, wszak czytelnik wie, że za chwilę zginie... Momentami bardzo emocjonalnie podchodziłam do tych bohaterek drugiego planu, jak przykładowo w chwili gdy ginęła matka czwórki dzieci...

Jestem bardzo zadowolona z lektury tej książki i ogromnie cieszę się, że trafiła w moje ręce. Nie wykluczam, że przeczytam ją jeszcze raz, za pewien czas, aby wszystko ułożyć sobie po raz kolejny. Oczywiście nie jest to idealna książka, zawiera pewne niedociągnięcia. Żałuję, że autorka nie przedstawiła nam ani skrawka historii Domu. Chciałabym ją poznać. Wiedzieć, dlaczego wymagał ofiar i czy rzeczywiście wymagał.
Zirytowało mnie także zakończenie, skojarzyło mi się z finałem typowego horroru produkcji amerykańskiej. 
Jednak te szczegóły giną w cieniu pozytywnych wrażeń z lektury Lśniących Dziewczyn...

Za możliwość odbycia podróży w czasie w towarzystwie Harpera Curtisa dziękuję: