Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Literackie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Literackie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 września 2018

278. Natalie Baszile KRÓLOWA CUKRU (RECENZJA PRZEDPREMIEROWA)

Każdy, kto trochę mnie zna literacko, wie, że uwielbiam książki, których akcja jest osadzona na południu Stanów Zjednoczonych. Gatunek nie ma tu większego znaczenia, nie potrzebuję też zachęty w stylu, że drugie Smażone zielone pomidory czy kolejne Służące, po prostu chętnie po nie sięgam i zazwyczaj połykam w dzień lub dwa.

Nie inaczej było z Królową cukru. To opowieść o czarnoskórej Charley Bordelon, która otrzymuje niezwykły spadek i porzuca życie w Los Angeles, by wraz z jedenastoletnią córką zamieszkać w domu swojej babki Miss Honey i poprowadzić plantację trzciny cukrowej. Szybko przekonuje się, że przed nią niełatwe zadanie. Ziemia jest zaniedbana, zarządca rezygnuje, a koszty rosną. Do tego w domu babki pojawia się przyrodni brat Charley, który wyraźnie ma żal, że ojciec pozostawił ziemię wyłącznie córce.

Powieść Natalie Baszile opiera się na dobrze znanych nam motywach. Powrót do domu, szukanie własnego miejsca na ziemi, wykluczenie w małej społeczności, marzenia i heroiczna walka najeżona trudnościami: z jednej strony są to wątki wielokrotnie już eksploatowane, z drugiej – wciąż udaje się z nich wycisnąć coś świeżego i interesującego. Baszile się to udało. Choć w jej powieści trudno nie doszukać się pewnego schematyzmu, książka nadrabia sprawnie i ciekawie poprowadzoną akcją. To nie tylko opowieść o pełnej determinacji walce o plantację, ale także o dość skomplikowanych relacjach rodzinnych opartych na zadawnionych krzywdach, urazach i wydarzeniach rzutujących na życie kolejnych pokoleń. W Królowej cukru nie brak ciekawych, dobrze nakreślonych postaci, które potrafią wzbudzić w czytelniku sympatię lub niechęć. Samo południe w powieści Baszile jest krainą piękną, skąpaną w różnych odcieniach zieleni, przesyconą zapachem pulchnej ziemi i rozlewiska. Ale jest też miejscem, nad którym nadal unosi się słabo wyczuwalna woń strachu. Gdzie na widok białego wyrostka w samochodzie serce czarnej kobiety gwałtownie przyspiesza, bo choć pewne rzeczy się zmieniają, to inne pozostają takie same.

Spotkanie z Królową cukru okazało się bardzo ciekawą, wzruszającą podróżą literacką. Jeśli lubicie takie klimaty i szukacie ładnie napisanej powieści z silną postacią kobiecą, sięgnijcie, myślę, że się nie zawiedziecie. Nie ukrywam, że powieść ta zrobiła na mnie spore wrażenie i mam nadzieję, że kiedyś obejrzę ekranizację i będę miała okazję przeczytać inne powieści autorki. 

za egzemplarz przedpremierowy dziękuję Wydawnictwu Literackiemu

 

poniedziałek, 6 sierpnia 2018

276. Kerry Fisher POSŁUSZNA ŻONA

Ile tajemnic może kryć jedna rodzina? Sięgając po powieść Kerry Fisher, przekonacie się, że naprawdę wiele. Klan Farinellich, którego częścią poprzez małżeństwo z Nico staje się Maggie, sprawia wrażenie familii idealnej. Nic dziwnego, że przy krewniakach męża kobieta czuje się jak przysłowiowe piąte koło u wozu. Niechęć teściowej, wściekłość pasierbicy, która jest rozgoryczona, że ktoś zajął miejsce jej nieżyjącej matki, cień idealnej pierwszej żony, a do tego postać Lary, bratowej Nico, eleganckiej, świetnie zorganizowanej, szczęśliwej żony. Pewnego dnia Maggie znajduje list i odkrywa szokującą prawdę o pierwszej żonie Nico. Waha się, czy wyjawić prawdę, czy milczeć i chronić tych, których kocha. Tajemnice skrywa także bratowa Nico, Lara. Pozornie ma wszystko: czułego męża, cudownego synka, piękny dom, idealne, spełnione życie. Nikt nie wie, że małżeństwo jest dla niej więzieniem, z którego nie potrafi się uwolnić.

Posłuszna żona spodobała mi się już od pierwszych stron. Może wpłynął na to fakt, że w moje ręce od dawna nie trafiła podobna powieść, ale bardzo szybko zagłębiłam się w świecie Maggie i Lary. Autorka zastosowała w swojej historii narrację pierwszoosobową, oddając głos obydwu żonom braci Farinnellich. Dwie kobiety, dwie różne historie, dwa zupełnie inne dramaty rodzinne i dwie różne osobistości. Kerry Fisher bardzo sprawnie odmalowała charaktery tych dwóch żon, a wspomniana narracja pierwszoosobowa dodatkowo to zaakcentowała. Cóż, Maggie, nie przebiera w słowach, jest spontaniczna, radosna. Jej fragmenty potrafiły mnie rozbawić. Lara w pierwszej chwili wydaje się sztywna, ale czytelnik szybko odkrywa, że za jej zachowaniem kryje się rozpacz.

Powieść Kerry Fisher nie jest specjalnie dynamiczna i nie obfituje w emocjonujące zdarzenia. Akcja rozwija się w dość powolnym tempie, pozwalając czytelnikowi dostrzec prawdziwe oblicze rodziny Farinellich. To, co najważniejsze, kryje się w relacjach Lary i Maggie. To cichy dramat, o którym nie wiedzą nawet najbliżsi. Ta książka mnie zaskoczyła. Dlaczego? Ponieważ dała mi więcej, niż się spodziewałam. Potrafiła mnie nie tylko wciągnąć do świata wykreowanego przez Kerry Fisher, ale również rozbawić postaciami Beryl i Maggie, czy rozczulić pewnym nieporadnym staruszkiem z alzheimerem, który na widok wchodzącej kobiety wstawał, by oddać jej szacunek. Książka Kerry Fisher nie jest pozbawiona wad, zdarzają się dłużyzny, które nawet cierpliwego czytelnika przyprawiają o mamrotane pod nosem "No dalej". Za błąd uważam tez porównywanie tej powieści Fisher do Diane Chamberlain, ponieważ autorki mają zupełnie inny styl! Chamberlain bierze temat z każdej strony, jej powieści wydają się głębsze. Z kolei Fisher potrafi przemycić w swojej powieści trochę humoru i nadać jej lekkości. Jeśli lubicie historie rodzinne i tajemnice, przekonajcie się, dlaczego ta powieść mi się spodobała :)

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu.  

poniedziałek, 4 czerwca 2018

269. Mikołaj Marcela BEST SELER I ZAGADKA ZNIKAJĄCYCH WARZYW


Od dziecka lubiłam historie z zagadkami kryminalnymi dla młodszego czytelnika. Nie bez powodu moim ulubionym bohaterem u Lindgren był detektyw Kalle Blomkvist, a Chmielewskiej przeczytałam wyłącznie (i biję się w piersi) cykl o Janeczce i Pawełku. Może i z tego powodu usiłuję zarazić Milenkę podobnymi opowieściami. Dla niej Best Seler okazał się ciut za trudny, ale i tak bohaterowie Mikołaja Marceli zdobyli jej sympatię.

Na kartach książki przenosimy się do urokliwego miasteczka – Jarzynowa. Jak sama nazwa wskazuje, mieszkają w nim same warzywa. Kogóż my tu nie mamy! Jest Augusta Kapusta, jej rezolutne córeczki Brukselki: Rachelka, Kornelka, Anielka i Melka. Jest tytułowy Best Seler – dumnie noszący gwiazdę szeryfa i strzegący bezpieczeństwa mieszkańców miasteczka i są jego współpracownicy: Czarka Pieczarka, Natalia Pietrucha oraz Wiktor Por. A także cała masa innych ciekawych postaci, które spokojnie żyją sobie w Jarzynowie, pochłaniając smaczne sole mineralne i unikając Wielkiego Lasu, gdzie podobno straszy wampij… nad sielskim życiem mieszkańców miasteczka unosi się tylko jeden cień: przed laty zniknęła i nigdy nie została odnaleziona Malina Pomidor. Gdy niespodziewanie znika jedna z sióstr Brukselek, na mieszkańców pada strach. Zagadkę usiłuje rozwiązać ambitny szeryf, a młode Brukselki rozpoczynają śledztwo na własną rękę.

Best Seler i zagadka znikających warzyw to niezwykle ciepła i sympatyczna opowieść dla młodszego czytelnika. Niech was jednak nie zwiodą moje słowa, bo to najprawdziwsza historia kryminalna, która trzyma w napięciu do ostatniej strony i nie raz przyprawia o mocniejsze uderzenie serca. Aż sama byłam zdziwiona, że aż tak mnie pochłonęła i sprawiła, że nie mogłam doczekać się finału i rozwiązania zagadki znikających warzyw. Ubawiłam się przy niej setnie, ponieważ historia stworzona przez Mikołaja Marcelę jest nie tylko dynamiczna i emocjonująca, ale również przesycona fajnym humorem. Momentami perypetie mieszkańców Jarzynowa przeradzały się w ognistą, pełną temperamentu telenowelę, co jeszcze dodawało tej historii uroku. Bo czy nie fajnie poczytać o romansie Frytki Ziemniak czy Ewki Marchewki? Przecież warzywa też ludzie, chcą kochać i być kochane! A że nie brakuje w ich życiu dramatów i uniesień? Przynajmniej nie narzekają na nudę.

I czytelnik też na nią narzekać nie może, bo kolejnym atutem vege kryminału Marceli jest mnogość zwrotów akcji. W tej historii nie ma miejsca na stagnację, cały czas coś się dzieje, ktoś wpada w tarapaty albo trafia na nowy trop, ktoś znika lub wprost przeciwnie: pojawia się nie wiadomo skąd. Tak jak wspomniałam, dla Milenki książka okazała się nieco za trudna, ale ona w sumie jest młodsza niż grupa docelowa tej opowieści. Za to od pierwszego spotkania pokochała zabawne przydomki warzyw, które skojarzyły się jej z Gangiem Świeżaków. Do dzisiaj przy zabawie przypomina sobie bohaterów książki Mikołaja Marceli i zmienia imiona naszym domowym świeżakom. Jej uznaniem cieszyła się też oprawa książki. Co prawda nie ma tu kolorowych i specjalnie licznych obrazków, ale kiedy pokazałam jej, jak fajnie rusza się przy kartkowaniu malutki Best Seler – po prostu oniemiała z zachwytu!

Mam przeczucie, że to tej książki wrócimy za rok, może za dwa lata, gdy Milenka do niej trochę dojrzeje. Mam też nadzieję, że Mikołaj Marcela nie poprzestanie na tej jednej książce dla dzieci i dalej będzie tworzył tak pozytywne i zakręcone, a przy tym ciekawe historie kryminalne. Bo tego na naszym rynku wydawniczym jest naprawdę mało, a dzieci naprawdę lubią. No dobra, ja lubię :D
Polecam!


czwartek, 22 lutego 2018

255. Fannie Flagg CAŁE MIASTO O TYM MÓWI

Są autorzy, na których książki czeka się z radosnym podekscytowaniem i mocno bijącym sercem. Kiedy nareszcie pojawi się zapowiedź, ze szczęścia podskakuje się pod sufit i odlicza dni do premiery, by w końcu wziąć książkę w dłonie i zanurzyć się w literackim świecie. Dla mnie taką autorką bezsprzecznie jest Fannie Flagg. Zaprzyjaźniłam się z nią przy lekturze „Smażonych zielonych pomidorów” i od tamtej pory moje uwielbienie nie maleje. Owszem, ciężko jest przebić tak świetną książkę i w sumie żadna nie podobała mi się aż tak, jak Pomidory, ale! Każda dała mi mnóstwo radości, uśmiechu, wzruszeń, a przede wszystkim każda z nich była utrzymana w tym samym klimacie, za który ja twórczość Fannie ubóstwiam.

„Całe miasto o tym mówi” to opowieść o mieszkańcach małego miasteczka w Missouri. Elmwood Springs jest tak sielskie i miłe, jak wskazuje na to jego nazwa, ma również niezwykle sympatycznych mieszkańców. Poznajemy ich w chwili, gdy założyciel miasta i hodowca krów, Lordor Nordstrom przekazuje osadzie pięknie położoną działkę i zakłada na niej cmentarz pod nazwą Spokojne Łąki. Osada jest malownicza, powietrze czyste, ziemia żyzna, czego może więc brakować w tak wspaniałym miejscu? Okazuje się, że… kobiet! Za namową sąsiadów pragnący zawrzeć związek małżeński Lordor poszukuje żony za pośrednictwem gazety. Na jego ogłoszenie odpowiada Katrina, Szwedka pracująca w charakterze służącej. Po dłuższej korespondencji młoda dama wyrusza do Missouri, aby na miejscu przekonać się, czy z tej mąki będzie chleb. Okazuje się, że nie tylko chleb, ale także dzieci. Rodzina Nordstromów rozrasta się, a wraz z nią rozrasta się także miasteczko, w którym stopniowo pojawiają się kolejne budynki, udogodnienia i atrakcje. Sąsiedzi żyją ze sobą w zgodzie, okazują sobie życzliwość i pomagają. Dzieci rosną i zakładają własne rodziny. Czas płynie, aż w końcu na Spokojne Łąki trafia pierwszy lokator…

I w tym miejscu następuje to, co odróżnia powieść Fannie Flagg od innych małomiasteczkowych opowieści. Okazuje się, że Spokojne Łąki nie są zwykłym cmentarzykiem. Mieszkańcy miasta budzą się tam po śmierci i ze swoich kwater obserwują życie toczące się u stóp wzgórza. Zawzięcie plotkują na temat mieszkańców, dziwią się dokonującym zmianom i czekają na wizyty swoich bliskich. Wraz z mieszkańcami Elmwood Springs oraz niezwykłymi lokatorami Spokojnych Łąk przyglądamy się nie tylko życiu miasteczka, ale także wydarzeniom o znaczeniu światowym: wojnom, lotom kosmicznym, zmianom politycznym i postępowi technologii. Tłem dla nich jest zwykła małomiasteczkowa codzienność, która pachnie dżemem z fig, świeżo skoszoną trawą i lakierem do włosów. Nie znam chyba drugiej autorki, która z tych okruchów codzienności potrafiłaby stworzyć taki wyjątkowy klimat. A u Flagg nie brakuje zwykłych ludzkich historii, które w jednej chwili przywodzą nas o śmiech, w drugiej sprawiają, że ściska się gardło albo płynie łza. A miasteczka z jej powieści to miejsca, w których niejeden z nas chciałby zamieszkać lub po prostu zjawić się przejazdem.

I tak. Wiem, że to obraz jak z bajki, który pewnie niewiele wspólnego ma z rzeczywistością. Zdaję sobie sprawę, że zarówno postaci jak i tło są mocno przejaskrawione, a wątek z reinkarnacją jest nierealny. I zupełnie mi to nie przeszkadza. Przez trzy dni byłam częścią społeczności Elmwood Springs i wraz z mieszkańcami miasteczka przeżywałam radości, smutki i dramaty. Obserwowałam zmiany zachodzące tym miejscu, raz z dumą, innym razem z troską. Spotkałam bohaterkę znaną z innej książki Flagg, to prawie jak spotkanie ze starą przyjaciółką. Utulałam się ciepłem tej opowieści, a pomiędzy mną a bohaterami zawiązała się więź. Przykro mi było ich opuszczać. Ale wiecie co? Jeszcze do nich wrócę, tak jak do Whistle Stop czy na babską stację… wrócę, czekając na kolejną powieść Fannie Flagg. 

Macie ochotę przeczytać fragment? Znajdziecie go pod linkiem :) 

Dziękuję wydawnictwu za możliwość przedpremierowego zapoznania się z powieścią :)


poniedziałek, 27 marca 2017

246. Agnieszka Nabrdalik DZISIAJ ROZMAWIAMY O PANI

Jak wygląda życie w małżeństwie z artystą? Czy grzeje się w blasku sławy czy ginie się w cieniu sławnego męża? Czy ma się czas i energię na własne życie zawodowe, pasje, zainteresowania? Na te i inne odpowiedzi odpowiedzi znajdziecie w książce Dzisiaj rozmawiamy o pani autorstwa Agnieszki Nabrdalik.

Bardzo lubię czytać wywiady, można z nich wyczytać mnóstwo ciekawostek o ludziach, ich codzienności, poglądach. A najlepsze są te wywiady swobodne, jakby poprowadzone zupełnie przypadkowo, wynikające ze zwyczajnej pogawędki. Właśnie taki nastrój towarzyszy rozmowom, jakie Agnieszka Nabrdalik zamieściła w swojej książce Dzisiaj rozmawiamy o pani. Podczas lektury miałam wrażenie, że towarzyszę dwóm kobietom i przysłuchuję się ich rozmowie przy filiżance herbaty. Agnieszka Nabrdalik spotkała się z siedmioma żonami mężczyzn doskonale nam znanym ze świata literatury, sceny muzycznej, filmu czy medycyny.

Twarze i nazwiska tych mężczyzn są dla mnie rozpoznawalne, ale o ich żonach miałam przyjemność poczytać po raz pierwszy. Monika Gawlińska, Alicja Kapuścińska, Wacława Myśliwska, Karolina Niedenthal, Jolanta Pawlik, Anna Religa i Wiesława Starska – siedem kobiet, bez których być może gwiazda tych panów nie świeciłaby aż tak mocno. Przyznaję szczerze, że z małżonek wyżej wymienionych „znam” tylko Alicję Kapuścińską, której osoba została troszkę przybliżona w publikacji „Kapuściński non-fiction”. Osoby pozostałych pań były mi zupełnie obce, więc do lektury przystąpiłam z tym większą przyjemnością.

Dzisiaj rozmawiamy o pani to książka, którą połknęłam w jedno popołudnie. Spotkanie z żonami słynnych mężów okazało się bardzo fascynujące i pozwoliło mi nieco poznać udzielające wywiadu. Swobodna, nie pozbawiona humoru i rzucająca światło na codzienne życie kobiet, którym przyszło żyć u boku znanych i podziwianych. O miłości, rodzinie, małżeństwie. Pełna anegdot i ciekawych refleksji. Polecam serdecznie!

poniedziałek, 23 stycznia 2017

236. Philip Roth AMERYKAŃSKA SIELANKA


Sielanka jest słowem tak przyjemnym, że aż na samo jej brzmienie robi się błogo. Jednak nawet najlepsza sielanka może dobiec końca i przejść w stan zupełnie odmienny. Właśnie tak dzieje się z bohaterem powieści Philipa Rotha. Seymour „Szwed” Levov wierzy w swoje cudowne życie dopóki jego sielankowy obraz nie zostanie rozbity w drobny mak.

Amerykańska sielanka to powieść Philipa Rotha, za którą w 1998 roku otrzymał nagrodę Pulitzera. Na polskim rynku wydawniczym pojawia się ona po raz drugi, w odświeżonym wydaniu związanym ze zbliżającą się premierą ekranizacji. Sam Philip Roth był mi dotychczas znany wyłącznie „z widzenia” i stanowi kolejny element mojego eksperymentu z laureatami prestiżowych nagród literackich. I o ile do Harper Lee i Elizabeth Strout zapałałam natychmiastową sympatią, a John Steinbeck swoją prostotą rozkochał mnie w sobie na wieki, autor Amerykańskiej sielanki potrzebował trochę czasu i jakichś stu pięćdziesięciu stron, by na poważnie przykuć moją uwagę, wciągnąć mnie w swoją historię i udowodnić, że był pomysłem trafionym.

Amerykańska sielanka jest specyficzna i niełatwa. Niespieszna akcja, poprzetykana licznymi przemyśleniami, może potęgować wrażenie, że książka się dłuży. Dodatkowo autor ma skłonności do rozwlekania szczegółów na długie zdania, akapity strony. Czy jest to wada? Nie, to po prostu jeszcze jedna cecha charakterystyczna tej powieści i tego autora, która zadecyduje, czy książka przypadnie do gustu określonemu czytelnikowi. Potrafi on podczas jednego zdarzenia płynnie przejść do opisywania kolejnego, odległego w czasie i przestrzeni. Czytelnik przechadzający się uliczką życia Szweda Levova zostaje nagle pchnięty w boczny zaułek i zanim się spostrzeże, zbada go dokładnie i dogłębnie. A trzeba przyznać, że fascynującego bohatera obrał sobie Philip Roth. Seymour Szwed Levov, złote dziecko, szkolna gwiazda, człowiek sukcesu, przedsiębiorca, mąż i ojciec. W głębi ducha zaś skromny facet, skrępowany własną popularnością lecz równocześnie dumny z niej, idealista zakochany w swoim kraju, kraju, którzy jego przodkowie wybrali na własny i którego społeczności częścią tak bardzo chcieli się stać. Wierzący w mit amerykańskiej sielanki i zdruzgotany, gdy ta znika, jak ułuda z chwilą, gdy jego ukochana córka oddaje się aktom politycznego terroryzmu.

Już za kilka dni na ekrany kin wejdzie ekranizacja powieści Philipa Rotha. Podobno jedyny obraz oparty na prozie autora, który jemu samemu przypadł do gustu. Jestem bardzo ciekawa, jak scenarzyści i aktorzy podołali tej historii, jak oddali uczucie rozgoryczenia głównego bohatera. Jak ujęli to bogactwo scen i ważnych detali, którymi zarzuca nas laureat Pulitzera, bo w tym momencie wydaje mi się to niewykonalnym. Amerykańska sielanka, powieść dla wymagającego czytelnika, którego nie zniechęci leniwa akcja (lub jej brak), nieliczne dialogi (lub ich brak), kilometrowe zdania (lub jeszcze dłuższe), który dostrzeże głębię tej historii i poczuje więź z jej bohaterami. Powieść, której ja nie potrafiłabym ocenić żadnymi gwiazdkami, bo wymyka się ona tak sztywnym ocenom.


sobota, 23 kwietnia 2016

294. Richard Flanagan KLAŚNIĘCIE JEDNEJ DŁONI

Już dawno nie przytrafiła mi się aż tak długa przerwa pomiędzy postami. Nałożyło się na to wiele czynników: zdrowotnych, zawodowych, literackich, a to, że książkę, o której dziś napiszę, nie sposób zaliczyć do najłatwiejszych, też miało w tym swój malutki udział. 


Tasmania. Kiedy pewnej nocy 1954 roku osadę Butlers Gorge nawiedziła gwałtowna śnieżyca, Maria Buloh wyszła z domu, by na zawsze opuścić męża i trzyletnią córeczkę, Sonję. Czy zdaje sobie sprawę, jaki los szykuje dla dziecka? Dziewczynka tuła się po różnych domach, gdy tymczasem jej ojciec powoli popada w alkoholizm, a gdy w końcu zostanie przez niego zabrana do domu, przez wiele lat jest bita. W 1989 roku Sonja powraca na Tasmanię po wielu latach  spędzonych w Sydney i odwiedza ojca. On wciąż nie potrafi poradzić sobie z demonami przeszłości, ona usiłuje zapomnieć o trudnym dzieciństwie, a równocześnie podjąć najważniejszą decyzję w swoim życiu...

Dzika, nieprzystępna i niemal nie znana mi Tasmania spleciona z intrygującym i tajemniczym zarysem fabuły plus znakomite rekomendacje związane z inną powieścią Richarda Flanagana "Ścieżki północy" - to wystarczyło, abym zapragnęła przeczytać Klaśnięcie jednej dłoni. Już pierwsze kilkanaście stron udowodniło mi, że to nie będzie łatwy orzech do zgryzienia. Książka jest mocna i twarda, to moje pierwsze skojarzenia. Surowa i chłodna, jak śnieżyca, którą się rozpoczyna. Pomyślnie zostałam uprzedzona przez Natalię (dziękuję :) ), że język, jakim posługuje się autor jest specyficzny, dzięki temu nie byłam zaskoczona i dzielnie brnęłam dalej. Bo rzeczywiście styl Flanagana jest charakterystyczny i podczas lektury nie raz  zdarzyło się, że któreś zdanie zazgrzytało mi między zębami. Nie raz przyłapywałam się na to, że czytam je po kilkakroć, aby zrozumieć, przyswoić i móc iść dalej.

Klaśnięcie jednej dłoni to dla mnie powieść precedens. Z jednej strony czytałam ją niemal dwa tygodnie, choć do wielkich gabarytowo się nie zalicza i nie jest też jakoś wyjątkowo przeładowana treścią. Nie czułam specjalnego przymusu, aby po nią sięgać, po prostu sobie leżała i czekała na sięgającą dłoń. Z drugiej strony było w niej coś magnetyzującego, co sprawiało, że kiedy już miałam ją w ręku, nie odkładałam póki nie zaczynały mi się kleić powieki. Z pewnością, gdyby ta książka była inna, gdyby obfitowała w emocje, dynamiczne zdarzenia i wartką akcję, przeczytałabym ją w dwa wieczory. Ale nie: ona jest spokojna, na swój sposób senna, wyważona, a równocześnie dziwnie niepokojąca. Gdyby była inna pewnie straciłaby ten swój magnetyzm...

Powieść Flanagana jest piękna, na pewien surowy i trochę nieprzystępny sposób. To fascynujący zapis trudnych rodzinnych relacji, których fundamentem staje się dramatyczne wydarzenie sprzed lat, a może nawet jeszcze wcześniejsze doznania wojenne. To nie literatura rozrywkowa, którą zabijemy ból głowy i zmęczenie, bowiem zbyt wiele myśli wpycha do głowy, zbyt trudne emocje obejmuje swymi stronami. Książka z pewnością spodoba się miłośnikom prozy ambitnej, nieszablonowej, kwiecistej, a zarazem niełatwej. Polecam!




niedziela, 8 listopada 2015

263. Orhan Pamuk DZIWNA MYŚL W MEJ GŁOWIE

Orhan Pamuk urodził się w 1952 roku w Stambule. W 2006 roku jego dorobek literacki został doceniony Literacką Nagrodą Nobla. Po pięciu latach pisarskiego milczenia powraca do swoich czytelników z nową powieścią, powieścią piękną i niebanalną. Dziwna myśl w mojej głowie jest historią epicką i głęboką, nie ma w niej miejsca na powierzchowność i bylejakość. Równocześnie przedstawia nic innego, jak życie. Życie ubogiego sprzedawcy buzy i życie Stambułu.

Nie bez powodu Orhan Pamuk określany jest mianem komentatora społecznego, doskonale daje temu wyraz na kartach swej najnowszej powieści. Dziwna myśl w mojej głowie to wielostronicowa saga rodzinna, jakiej osią stają się losy krewniaków, którzy w poszukiwaniu lepszego życia przybyli z ubogiej wsi do Stambułu. Mevlut Karatas, podobnie jak wcześniej jego ojciec, zostaje ulicznym sprzedawcą jogurtu i buzy. Każdego dnia przemierza stambulskie ulice i zaułki roznosząc swój towar po domach klientów i nawołując rzewnym głosem. Sprzedaż buzy jest jednym z elementów przemijających tradycji, ofiar przemian, jakie dokonują się na oczach Mevluta i jego rodziny w tureckiej stolicy. Sam bohater obserwuje te zmiany z dziwną mieszanką nostalgii i dumy. W przeciwieństwie do bardziej obrotnych krewniaków, Mevlut nie potrafi rozstać się z zajęciem ulicznego sprzedawcy i po krótszych bądź dłuższych przerwach zawsze do niego wraca. Nie jest w stanie zgromadzić majątku sprzedając jogurt, pilaw czy nawet buzę... "Będę sprzedawał buzę aż po sądny dzień" - mówi sam o sobie. Zawód ulicznego sprzedawcy wydaje się być wpisanym w jego przeznaczenie. 

Na kartach powieści Pamuka regularnie pojawiają się wypowiedzi innych bohaterów tej historii, jego żony, krewniaków, przyjaciół. W większości komentują oni wydarzenia istotne dla Mevluta, rodziny i miasta, a ich relacje przywodzą na myśl dialog z samym czytelnikiem. Samemu Mevlutowi towarzyszą różne myśli i wątpliwości, ma swoje lęki i obawy. To interesujący, złożony bohater, który w czytelniku wzbudza wiele emocji. Jego przywiązanie do tradycji, miłość do córek i lojalność wobec ukochanej żony poruszają te czulsze struny. To człowiek, którego dotyka wiele niepowodzeń, a nawet nieszczęść, jednak nie zostaje złamany.Wciąż zakłada na ramiona charakterystyczne nosidło na pojemniki z buzą i wyrusza w trasę...

Kolejnym, trudno określić mniej ważnym czy najważniejszym, bohaterem tej książki jest sam Stambuł. Stambuł, w którym dzieją się rzeczy ważne, dochodzi do przewrotów politycznych, puczów, Stambuł, który przyciąga ludzi z ubogich prowincji, którzy pragną zająć w jego obrębie spłachetek ziemi, posadzić drzewo i postawić prymitywny dom składający się z czterech ścian i dachu. Stambuł, jako stolica pulsująca życiem, poszerzająca swoje granice, rozrastająca się i przyjmująca kolejne pokolenia imigrantów. Stambuł uosabiający marzenia o bogactwie, spokoju, dobrych warunkach bytowych i postępie. Stambuł, w którym w miejsce wąskich uliczek i starych kamienic, pojawiają się szerokie aleje i strzeliste wieżowce. Na tle nowoczesnego Stambułu obarczony misami Mevlut wydaje się być wyrazistym symbolem tradycji i dawnych czasów. 

Powieści Pamuka nie przeczytacie szybko, to niemal 700 stron historii Mevluta, jego rodziny, przyjaciół i miasta, w którym przyszło im żyć. Nie znajdziecie tutaj wyrazistej i dynamicznej akcji, biegnie ona raczej tempem niespiesznym, własnym. Piękny, a zarazem nieskomplikowany język książki sprawia jednak, że jest to długa, aczkolwiek przyjemna uczta i warto do niej zasiąść. Idealna okazja, by zapoznać się z obrazem Stambułu i tureckiego społeczeństwa na tle historii ostatniego półwiecza. 
Polecam gorąco!!!





piątek, 16 października 2015

258. Sue Monk Kidd OPACTWO ŚWIĘTEGO GRZECHU



Jessie Sullivan jest kobietą w średnim wieku, matką, żoną i artystką. Od pewnego czasu kobieta zmaga się z nieprzyjemnym uczuciem pustki, czuje, że dusi się w małżeństwie, nie czuje spełniania i radości. Niespodziewany wypadek matki zmusza Jessie do opuszczenia rodziny i podróży na maleńką wysepkę u wybrzeży Karoliny Południowej. Na miejscu Jessie musi zmierzyć się nie tylko z dziwnym zachowaniem swej matki, które wydaje się być powiązane ze znajdującym się na wyspie opactwem, ale również ze wspomnieniami dotyczącymi śmierci ojca. Na Egret Island Jessie znajdzie nie tylko odpowiedzi na wiele pytań, ale również niecodzienne i niezwykłe uczucie, które postawi pod znakiem zapytania sens jej małżeństwa...

Sue Monk Kidd to autorka, której międzynarodową sławę przyniosła powieść "Sekretne życie pszczół". Z równie gorącym przyjęciem spotkała się inna historia stworzona przez amerykańską pisarkę: "Czarne skrzydła". Opactwo świętego grzechu na polskim rynku wydawniczym pojawia się po raz drugi. Książka została także zekranizowana pod swoim oryginalnym tytułem, a główną kobiecą rolę zagrała Kim Basinger. Sue Monk Kidd przyzwyczaiła swoich czytelników, iż na kartach powieści porusza tematy trudne, często bolesne i nieprzyjemne. Pisała o prześladowaniach na tle rasowym, poruszyła istotną kwestię abolicjonizmu. W Opactwie świętego grzechu znajdujemy nawiązanie do zakazanej miłości pomiędzy kobietą a duchownym, jak również głos autorki w kwestii eutanazji. 

Tym, co łączy wszystkie powieści Sue Monk Kidd, jest niezwykły klimat Południa, który autorka potrafi oddać jak mało kto. I nieważne, czy przytacza nam ona historię współczesną, osadzoną pięćdziesiąt czy dwieście lat temu - wychodzi jej to równie świetnie. To właśnie ten wyjątkowy nastrój sprawił, że pokochałam powieści tej autorki i że chętnie wracam do nich po raz kolejny. Pod tym względem Opactwo świętego grzechu satysfakcjonuje mnie w pełni: czytając miałam wrażenie, że sama przemieszczam się małą łódką po zarośniętych gęstą roślinnością kanałach. Niezawodne okazało się również pióro autorki, powieść czyta się niezwykle lekko i płynnie, obcowanie z językiem, jakim posługuje się Sue Monk Kidd było dla mnie czystą przyjemnością. 

Na  tle innych powieści Sue Monk Kidd, które miałam przyjemność czytać, Opactwo świętego grzechu wypada w moim osobistym odczuciu trochę słabo. I naprawdę nie umiem stwierdzić, czy to wina poprzeczki wysoko wywindowanej przez dwie poprzednie, czy rzeczywiście historia Jessie jest nieco blada i niedopracowana. Sue Monk Kidd zadbała, aby czytelnicy się nie nudzili: na kartach powieści znajdujemy dosłownie wszystko, łącznie z miłością, zdradą i śmiercią z odległej przeszłości, której tajemnica ujrzy światło dzienne pod wpływem dramatycznych wydarzeń. Obrazu dopełnia legendarna postać syreny i wewnętrzne rozterki głównej bohaterki. I chociaż jest tego aż tyle, a może właśnie dlatego, że aż tyle - zatarła mi się gdzieś emocjonalna sfera tej powieści i jej istota. Tak jakbym poczuła całą otoczkę tej historii, ale jej samej wcale nie przeżyła. 

Pamiętajcie jednak, że to wyłącznie subiektywny odbiór powieści, jeżeli chcecie przekonać się, co kryje się za tą historią, polecam ją Waszej uwadze. Na facebookowym profilu Babskiego Czytania będziecie mieli okazję ją wygrać :)


czwartek, 11 czerwca 2015

229. Erin Kelly BROADCHURCH (recenzja przedpremierowa)

Tworzenie powieści na podstawie seriali i filmów nie jest powszechną praktyką i szczerze powiedziawszy, rzadko się sprawdza. Jednak w przypadku Broadchurch jest zdecydowanie inaczej. Jeszcze nie obejrzałam serialu, ale już podejrzewam, że mógłby dla mnie nie istnieć. Po co? Przecież mam znakomitą książkę...

Wyobraźcie sobie spokojne, ciche miasteczko na wybrzeżu... Tutaj wszyscy się znają, witają się radosnym "dzień dobry", spędzają wspólnie czas, patrząc jak dzieci radośnie szaleją na kolorowych deskorolkach i rowerach. Miasto jak ze snów. Jednak pewnego dnia ten sen zamienia się w koszmar. U stóp klifu zostaje znalezione ciało 11-letniego chłopca. Mieszkańcy Broadchurch nie chcą wierzyć, że Danny'ego zabił ktoś z ich otoczenia, jednak stopniowo stają się wobec siebie coraz bardziej podejrzliwi...

Śledztwo prowadzą miejscowa sierżant Ellie Miller oraz przybyły do miasteczka komisarz Alec Hardy. Policjanci od początku prezentują odmienne poglądy w kwestii dochodzenia, dodatkowo napięcia powoduje fakt, że Alec zajął stanowisko, na które miała awansować Ellie. Komisarz Hardy podejrzewa o dokonanie zabójstwa wszystkich, łącznie z rodzicami chłopca i uczy Ellie, że nikomu nie należy ufać...

Często spotykamy się z sytuacją ekranizacji powieści, jednak pisanie książek na podstawie filmu bądź serialu jest zjawiskiem stosunkowo nieczęstym. Twórcy serialu Broadchurch zdecydowali się na ten manewr, licząc na to, że książka osiągnie równie wysoką popularność, co obraz, który tygodniami wzbudzał emocje dziesięciu milionów Brytyjczyków. Zadanie napisania książki na podstawie hitowego serialu powierzono Erin Kelly, autorce thrillerów psychologicznych i dziennikarce. 

Nie miałam (jeszcze) przyjemności zapoznać się z serialową wersją Broadchurch, ale niezmiernie cieszę się, że to właśnie książka trafiła w  moje ręce jako pierwsza. Jeśli serial jest choć w połowie tak emocjonujący i trzymający w napięciu, jak powieść, pewnie musiałabym za jednym podejściem obejrzeć wszystkie odcinki. Właśnie tak wyglądała moja lektura Broadchurch: nie byłam w stanie odłożyć tej książki, dopóki nie poznałam rozwiązania ostatniej tajemnicy. 

Ktoś mógłby powiedzieć, że Broadchurch nie może niczym zaskoczyć, ponieważ wszystko zostało już opowiedziane w serialu, a jednak jest zupełnie inaczej. Naturalnie fabuła książki musiała ściśle opierać się na wydarzeniach z poszczególnych odcinków, jednak wersja książkowa jest osobnym dziełem, świetnym i bardzo nastrojowym kryminałem. Myślę, że trzeba niemałego talentu, by tak świetnie ukazać klimat małego miasteczka i mentalność mieszkających w nim ludzi. Mam nadzieję, że będę miała okazję poznać kiedyś inne książki Erin Kelly.

Broadchurch jest takim kryminałem, jakie najbardziej cenię: klimatycznym, pełnym tajemnic a zarazem bardzo dynamicznym. Tutaj akcja nie ustaje ani na moment, przez cały czas coś się dzieje, coś się wyjaśnia lub jeszcze bardziej gmatwa. Czy czytelnik, który nie zna serialu, może odkryć, kim jest zabójca małego Danny'ego? Być może, mnie się to nie zupełnie nie udało. Według mnie jest to kolejnym argumentem przemawiającym na korzyść Broadchurch: książka jest zaskakująca i nieprzewidywalna.

Na  koniec pozostaje mi zachęcić Was do lektury... i jednak poszukać serialu. Mimo, że znam już tożsamość zabójcy i poznałam wszystkie tajemnice małego miasteczka, chcę sprawdzić, czy książka kolejny raz okaże się lepsza :)






niedziela, 8 marca 2015

203.Sue Monk Kidd SEKRETNE ŻYCIE PSZCZÓŁ

Sekretne życie pszczół jest jedną z tych powieści, do których przeczytania skłonił mnie przepiękny film. Wprost nie mogłam się doczekać, by poznać tę opowieść. Ani przez moment nie wątpiłam, że okaże się niezwykła. Dziś mogę powiedzieć, że książka ta posiada wyjątkową magię. W przenośni i dosłownie pachnie miłością, domem i miodem. 


Dom, w którym wychowuje się czternastoletnia Lily, nie jest ani kochający ani przyjazny. Oschły, skłonny do przemocy ojciec nie okazuje dziewczynce uczucia. Do tego żyje ona w ogromnym poczuciu winy, gdyż przed laty przypadkowo zastrzeliła swoją matkę. Jedyną osobą, która okazuje dziewczynce miłość, jest czarnoskóra służąca, Rosalynn. Dramatyczne wydarzenia, jakich bohaterką staje się jej opiekunka, skłaniają dziewczynkę do ucieczki z domu. Śladem Czarnej Madonny trafia do niewielkiego miasteczka Tiburon, gdzie w  różowym domu mieszkają czarnoskóre siostry Boatwright. W tym niezwykłym miejscu, pachnącym miodem i słońcem, Lily powoli dojrzewa do tego, by zmierzyć się z historią sprzed lat.

Sue Monk Kidd zaprasza swoich czytelników w niezwykłe miejsce, do rodzinnego, ciepłego i pachnącego miodem domostwa sióstr Boatwright, gdzie któregoś dnia trafia nastoletnia Lily. Jak mocno dom ten różni się od miejsca, w którym wychowywała się dziewczynka! Nic dziwnego, że my sami, oddając się lekturze, mamy ochotę pobyć wśród jego mieszkanek, zjeść z nimi smaczny posiłek i pokołysać się na huśtawce na werandzie. Sekretne życie pszczół urzeka niezwykłym klimatem, sielskim, spokojnym, domowym - takim, jaki kocham w książkach. 

Jednakże ten wspaniały klimat jest przeciwwagą do dramatyzmu wydarzeń z kart książki. Akcja powieści toczy się w latach sześćdziesiątych dwudziestego wieku, bardzo burzliwych dla segregacji rasowej. Czarni doczekali się pierwszych praw, jednak spotkało się to ze sprzeciwem szerokiej grupy białych, akty przemocy były na porządku dziennym, a południe Stanów Zjednoczonych było pod tym względem najbardziej zaciekłe. Nie mniej burzliwe są myśli i emocje głównej bohaterki. Lily żyje w wielkim poczuciu winy, ponieważ będąc małą dziewczynką niechcący zastrzeliła swoją matkę. Oschłość ojca i jego okrutne słowa utwierdzają ją w przekonaniu, że była i jest dzieckiem niekochanym. Decyduje się wyruszyć śladami matki, by lepiej poznać pobudki jej działania i znaleźć odpowiedzi na nurtujące ją pytania. W domu sióstr Boatwright, nazwanych na część letnich miesięcy, Lily znajdzie jednak o wiele więcej. 

Niezwykły, wręcz magiczny, klimat powieści nie jest jej jedynym atutem, są nim również doskonale skonstruowani bohaterowie. To niebanalne postaci, nasycone indywidualizmem, wyraźnymi cechami charakteru, przekonaniami i marzeniami. Żyją na kartach powieści, wychodzą na spotkanie czytelnika i dają się dogłębnie poznać. Każdy z nich stanowi mniejszą bądź większą cząstkę tej historii. Historii Lily, która w rzeczywistości jest historią ludzi zamieszkałych na południu Stanów Zjednoczonych, ich dążeń do wolności, równości i praw. 

Sekretne życie pszczół jest mądrą, pięknie napisaną historią, pełną emocji, wzruszeń, nacechowaną nadzieją i sprowadzającą na czytelnika spokój. A równocześnie lekko zawstydzającą, bo aż trudno sobie wyobrazić do jakich draństw względem człowieka był zdolny drugi człowiek. W moim odczuciu jest to wspaniała opowieść o dojrzewaniu, o pojmowaniu siebie, o przebaczaniu, odzyskiwaniu spokoju ducha i poszukiwaniu swojego miejsca w życiu i miłości. Jestem przekonana, że do książki tej jeszcze niejeden raz powrócę, podobnie jak i do filmu. Polecam!




poniedziałek, 10 listopada 2014

177. Gaja Grzegorzewska BETONOWY PAŁAC

Niebezpieczne osiedle i górujący nad nim złowieszczy wieżowiec. Betonowy pałac. 
Czy macie odwagę wejść w jego progi? 


Po kilkuletniej nieobecności do Krakowa wraca Profesor. Młody mężczyzna wywodzi się z dzielnicy, która rządzi się własnymi, patologicznymi prawami, jednak jest nieprzeciętnie inteligentny i przenikliwy. Szybko przekonuje się, że nie tak łatwo uwolnić się od przeszłości. Upomina się o niego nowy admin Osiedla, który zleca mu odnalezienie zaginionej żony. Okazuje się, że to niełatwe zadanie, a zaginioną kobietę oplata gęsta sieć kłamstw i tajemnic. By wywiązać się z podjętego zlecenia, musi skorzystać z pomocy kobiety, z którą łączą go nie tylko więzy krwi, ale także i bardzo burzliwa przeszłość. 

Kilkanaście stron lektury i pojawia się pierwsza refleksja, którą z powodzeniem mogę wykorzystać w tej opinii. Betonowy pałac autorstwa Gai Grzegorzewskiej wymyka się wszelkim ramom. Czytelnik zostaje wciągnięty w gąszcz niepokojących wydarzeń, które trudno jednoznacznie określić mianem kryminalnych. Bo choć w trakcie lektury ma się do czynienia z zagadkami rodem z wytrawnego kryminału - zaginięciem, seryjnym mordercą - na pierwszy plan wysuwa się tutaj bogate tło społeczno-obyczajowe nasycone patologią, wynaturzeniem i postępkami, od których przeciętnemu obywatelowi włos jeży się na głowie. Co ważne: choć świat Osiedla stworzonego na potrzeby książki Gai Grzegorzewskiej wydaje się być mocno przerysowany, to z pewnością może wzbudzać poczucie niepokoju, jako ponure proroctwo tego, co może spotkać podobne miejsca w przyszłości. 

Niezwykły klimat Betonowego Pałacu oszałamia, przeraża i fascynuje zarazem. Powoduje gorączkę, którą trudno ugasić. To zasługa bohaterów powieści - doskonale skrojonych, żywych i prawdziwych, ale również ich postępków, w większości przypadków pełnych ohydy, brudu i zła. Betonowy pałac nie jest powieścią ładną, nie jest kryminałem z sielskim klimatem jakby rodem z powieści Agathy Christie.  Właściwie to nie poznałam jeszcze żadnej powieści, która klimatem byłaby choć zbliżona do Betonowego pałacu. Niemniej Gai Grzegorzewskiej nie można odmówić dobrego i plastycznego pióra, zmysłu obserwacji i znajomości środowiska, w którym umiejscowiła swoją opowieść. Betonowy pałac zburzył mój spokój, sponiewierał mnie, ale z całą świadomością mówię: chcę jeszcze. I wiem, że zapoznam się z innymi powieściami autorki. 

dziękuję :)


czwartek, 11 września 2014

159. Sue Monk Kidd CZARNE SKRZYDŁA - PRZEDPREMIEROWO

materiały wydawnictwa
Wolność, która ma jakieś granice, przestaje być wolnością.(cytat)

Sarze i Hetty przyszło żyć w trudnych i niespokojnych czasach początku dziewiętnastego wieku, gdy czarny człowiek znaczył mniej niż strojna sukienka czy porcelanowy talerz. Dwie dziewczynki, które dzieliło wszystko: kolor skóry, status materialny i rodzinny, perspektywy i możliwości. Dziewczynki, Które połączyła jednak niezwykła nić sympatii i porozumienia. Uczucie niełatwe, nierówne, a jednak silniejsze niż rządzące Południem Stanów Zjednoczonych nienawiść i podziały.

Zetknęły się w dniu jedenastych urodzin Sary, gdy Hetty stała się nietypowym, obwiązanym lawendową wstążką prezentem. Sara przyjęcia prezentu odmówiła, uważając, że nie można posiadać drugiego człowieka. Jednak żadne jedenastoletnie dziecko nie ma wystarczającej mocy, by sprzeciwić się żądaniom dorosłych i przyjętych zasad, nawet jeśli jest to ukochana córka sędziego Sądu Najwyższego Karoliny Południowej. Sara wbrew własnej woli otrzymała osobistą niewolnicę, ale robiła wszystko, by nowej przyjaciółce owo „posiadanie” wynagrodzić. Uczyła ją czytać i pisać. Już jako dziecko Sara Grimke walczyła z niewolnictwem, choć nie mogła przypuszczać, jak daleko zaprowadzi ją ta droga...

Czarne skrzydła są pierwszą powieścią Sue Monk Kidd, jaka trafiła w moje ręce, choć oczywiście nazwisko autorki nie było mi obce. Szczerze powiedziawszy, sięgając po tę książkę, spodziewałam się czegoś zupełnie innego, czy może raczej nie miałam pomysłu, czego się spodziewać. Uwielbiam klimaty południa USA, ale do tej pory czytałam książki osadzone w czasach bliższych współczesności. Czarne skrzydła to moja pierwsza powieść dotycząca niewolnictwa, która ukazuje obraz widziany dwiema parami oczu: oczu należących do kobiety białej i czarnej. Tym bardziej cieszę się, że poznałam tę historię.

Na kartach swojej powieści Sue Monk Kidd ożywiła dwie realne bohaterki. Pierwszą z nich jest Sara Grimke, córka plantatora z południa, legendarna abolicjonistka i sufrażystka, która swoim działaniem gorąco walczyła z niewolnictwem. Drugą zaś jest okrutna Ameryka początku dziewiętnastego wieku i lat wcześniejszych oraz późniejszych, która do dziś nie potrafi pozbyć się brzemienia wstydu, za krzywdy, które wyrządziła człowiekowi tylko dlatego, że posiadał on skórę o parę tonów ciemniejszą, niż było przyjęte.

Sue Monk Kidd nie bała się poruszyć tematu trudnego, tematu z którym wciąż nie każdy obywatel jej kraju potrafi sobie poradzić. Autorka nie tylko się tego nie przestraszyła, ale również doskonale podołała temu zadaniu, ukazując czytelnikowi realny obraz plantatorskiego południa i rządzących nim zasad. Sprawnie ukazała świat kontrastów tak silnych, jak biel i czerń, bogactwo i bieda. Opowieści Sary i Hetty, zwanej Szelmą przeplatają się ze sobą, by tworzyć urozmaiconą mozaikę. Bo choć te dwie dziewczynki, dziewczyny, a później kobiety łączy specyficzna i ciepła więź, to jednak to co je dzieli, również jest doskonale widoczne i nie zostaje przez autorkę pominięte.

Musimy bowiem pamiętać, że bohaterzy u Sue Monk Kidd nie są krystaliczni. Są niezwykle wyraziści, odmalowani tak wyraźnie, że wydają się stać tuż pod nosem czytelnika, ale nie są nakreśleni jednym kolorem. Hetty potrafi być bezczelna i nieposłuszna, a Sara odczuwa wobec niej gniew, upodabniając się na parę chwil do swej matki. Obydwie przechodzą znaczące przemiany, ale dążąc w jednym określonym kierunku. W trakcie lektury zdarzają się jednak sytuacje, gdy drażnią obydwie – i nie pomaga usprawiedliwienie, że jedna jest biedną niewolnicą, a druga nieszczęśliwą kobietą. Obydwie potrafią gorąco oddziaływać na czytelnika, są bohaterkami z krwi i kości i to również trzeba zapisać autorce na plus.

Jestem pod wrażeniem tego, jak umiejętnie na potrzeby swojej powieści autorka wykorzystała prawdziwą historię. Uhonorowała tych, którzy walczyli o wolność i tych, którzy ich wspierali. Tych którzy skrzydeł nie chcieli im podcinać. Lektura Czarnych skrzydeł była dla mnie przyjemnością, choć książka nie zapewniła mi tego klimatu, na który po cichu liczyłam. Nie było sielskiego nastroju znanego mi ze Służących, było poważniej, momentami donioślej. Szybko zrozumiałam, że tak musiało być. Nie tylko doskonale odmalowany obraz życia na gorącym południu, ale i ważne spotkania, wystąpienia, walka o prawa drugiego człowieka, walka o siebie i swoją godność. Myślę, że Czarne Skrzydła są ważną pozycją na stosiku współczesnej literatury. I z pewnością potrzebną nam wszystkim.

CZARNE SKRZYDŁA w księgarniach od 25 września.

Za możliwość przeczytania egzemplarza przedpremierowego dziękuję: 






czwartek, 31 lipca 2014

149. Rebecca Jane W SZPILKACH NA TROPIE


Jesteście ciekawi, jak działa prawdziwa agencja detektywistyczna? Powinniście przeczytać tę książkę!

Są sprytne, przebiegłe i potrafią się kamuflować jak mało kto, a do tego śledzą swoje "ofiary" poruszając się na niebotycznych obcasach! Cztery przyjaciółki z Damskiej Agencji Detektywistycznej specjalizują się w wykrywaniu małżeńskich zdrad. Temat znają, jak mało kto, gdyż same były zdradzane... lub zdradzały. W szpilkach na tropie to prawdziwa historia prawdziwej agencji detektywistycznej, która święci triumfy w Wielkiej Brytanii. Chcecie skorzystać z ich usług? Znajdziecie je TUTAJ

Na pomysł założenia agencji detektywistycznej Rebecca Jane wpadła w chwili, kiedy zmagała się ze zdradą swojego męża i nie mogła uzyskać pomocy od detektywa, który zebrałby dowody zaistniałej niewierności. Wszyscy detektywi podchodzili do sprawy bezdusznie, wszyscy żądali horrendalnych stawek. Rebecca postawiła sobie za punkt honoru, że jej firma będzie inna. Wraz z trzema przyjaciółkami założyła Damską Agencję Detektywistyczną i dowiodła, że nawet zdradę można udowodnić po ludzku.

Z pewnością zakładając agencję, nie mogła podejrzewać, że od tej pory jej życie stanie na głowie i przemieni się w jedną wielką przygodę. W szpilkach na tropie.Prawdziwa historia damskiej agencji detektywistycznej to zapis wydarzeń, jakie stały się udziałem dzielnych pań na obcasach, którym przyszło tropić zdradliwych partnerów. Książka Rebeki Jane jest niezwykle emocjonującą lekturą, która zabiera czytelnika w świat domniemanych - i nie tylko! - zdrad, podsłuchów, pościgów samochodowych i kamuflażu, w którym główną rolę gra babeczka z Avonu! Lekturą tym bardziej podniecającą, że opartą na faktach!

Rebecca Jane przeprowadza nas przez wiele prowadzonych przez siebie spraw, które splatają się z przemianami zachodzącymi w jej prywatnym życiu. Nie czaruje nas. Przedstawia pościgi samochodowe po autostradzie, by po chwili wspomnieć o całym dniu spędzonym na grze w telefonie i zajadaniu chińszczyzny w samochodzie ustawionym pod domem obserwowanego "obiektu". Pokazuje, że praca detektywa nie zawsze jest pasjonująca i przyjemna. Nie ukrywa również tego, że nie każdą sprawę udało jej się doprowadzić do końca. Z dochodzeń wyciąga wnioski, które wiele mówią jej na temat ludzkiej natury i z pewnością przydają się w dalszej praktyce.

Powieść jest niezwykle lekka w odbiorze. Styl autorki przyjemny i dość dynamiczny. W tej książce nie ma miejsca na zbędne opisy, one nie są potrzebne. Akcja biegnie szybko i sprawnie, a dialogi są bardzo realistyczne. Bohaterki żywe i prawdziwe, nakreślone sprawnie i plastycznie. Autorce udało się osiągnąć to, o czym z pewnością marzy nie jeden autor: sprawiła, że czytelnik uczestniczył we wszystkich wydarzeniach książki. Być może Rebecca Jane minęła się z powołaniem?


Za możliwość poznanie Damskiej Agencji Detektywistycznej dziękuję: 











czwartek, 10 lipca 2014

140. J.K. Johansson LAURA

Co się stało z Laurą A.?

Sielskie, niewielkie miasteczko. Zaginiona uczennica liceum. Czy nie brzmi znajomo?

Nie, to nie jest kolejna odsłona Miasteczka Twin Peaks. To pierwsza część trylogii, której areną stało się fińskie miasteczko Palokaski. Thriller psychologiczny stworzony przez grupę popularnych scenarzystów filmowych i telewizyjnych już na wstępie trąca intrygującą tajemnicą. I nasuwa skojarzenia z jednym z najsłynniejszych seriali lat dziewięćdziesiątych. Czy słusznie?

Palokaski, niewielkie, senne miasteczko, gdzie każdy zna każdego i każdy o każdym wszystko wie. Kiedy w tajemniczych okolicznościach znika uczennica miejscowego liceum, spokój mieszkańców zostaje zburzony. Co wydarzyło się na plaży, gdzie po raz ostatni widziano piętnastolatkę? Utonęła? Uciekła? A może ktoś ją skrzywdził? Spekulacje na temat losu dziewczyny nie milkną.

W tym samym czasie w liceum rozpoczyna pracę Miia Pohjavirta, była policjantka, która stara się zwalczyć uzależnienie od Internetu. Kiedy Miia dowiaduje się, że jej brat Nikke – pracujący w tej samej szkole jako psycholog – zajmował się nastolatką i to nie tylko w czterech ścianach gabinetu, postanawia zaangażować się w sprawę tajemniczego zaginięcia. Okazuje się, że życie mieszkańców niewielkiego miasteczka spowija gęsta mgła tajemnic.

Spokojne, prowincjonalne miasteczko i okrutna zbrodnia: to połączenie w literaturze pojawia się często. Ostatnimi czasy – nader często. I pomimo to, wciąż nie czuję przesytu, wciąż poszukuję w tych opowieściach „tego czegoś”. Co znalazłam w „Laurze”? Przede wszystkim rzuca się w oczy zupełnie inna atmosfera niż towarzysząca sławetnemu Twin Peaks. Czy twórcy chcieli nawiązać w swojej powieści do historii Laury Palmer, czy raczej wydawcy znaleźli dobry trik reklamowy? Nie wiem. Wiem, że powieść J.K. Johanssona posiada swój własny, niepowtarzalny klimat. Różny od amerykańskiego serialu i różny od skandynawskich kryminałów, które do tej pory wpadły w moje ręce.

Akcja nie pozostawia miejsca na zbędne opisy i wynurzenia. Jest dynamiczna, co chwila wnosi w fabułę coś nowego, coś się dzieje, coś wyjaśnia. Poczułam w niej pewność surowość, tak jakby twórcy powieści nie chcieli zbyt mocno rozwijać się na boki. Przez większość czasu towarzyszymy głównej bohaterce – zarówno w prowadzonym dochodzeniu, jak i w spotkaniach: towarzyskich, rodzinnych, seksualnych. Nie poznajemy sytuacji z perspektywy licznych bohaterów, przez co towarzyszyło mi uczucie, że czegoś brakuje...

Trzeba przyznać, że autorom powieści udało się zbudować potężne napięcie, które pod koniec książki sięga niemal granic wytrzymałości. Jeśli jednak liczymy na to, że wszystkie tajemnice znajdą swoje rozwiązanie i staną się dla nas jasne, srogo się zawiedziemy. Owszem, autorzy uchylili rąbka sekretu, niemniej pod koniec książki okazało się, że Worek z tajemnicami nie ma dna, a my otrzymujemy więcej pytań niż odpowiedzi.


Tym samym pozostaje nam czekać na kolejną część trylogii o Palokaski. Być może wtedy dowiemy się, co skrywa fińskie miasteczko. I poznamy odpowiedź, co stało się z Laurą A...